Niedawno pisałem na portalfilmowy.pl, że coraz częściej wracamy do myślami do kina lat 80-tych, które odcisnęło piętno na Polakach, którzy w wypiekami na twarzy oglądali ekranowych twardzieli na zniszczonych kopiach kaset video. Myślę, że nie tylko ja pozostaje „dzieciakiem lat 90-tych”, który kocha klasyczne męskie kino. Gdy kilka lat temu obejrzałem ostatnią część „Rockiego” pomyślałem, że jest to symboliczny koniec ery filmów sportowych o wojownikach na ringu. Antologia „Rockiego” jest często wyśmiewania przez „znawców kina” i zupełnie infantylnie porównuje się ją do serii „Rambo” (choć „Pierwsza krew” jest oczywiście filmem znakomitym) czy innych filmów akcji ze Stallone. Zupełnie niesłusznie. Oglądając w krótkim czasie wszystkie sześć części dzieła życia Sylwestra Stallone (nie zapominajmy, że pierwszy „Rocky” dostał 4 Oscary!) można przekonać się jak Sly rozwijał swojego bohatera i bardzo przyzwoicie rozbudowywał wszystkie główne postacie historii. Bez wątpienia „Rocky III” i „Rocky IV” są filmami słabszymi niż inne części sagi. Jednak nawet w trzeciej części przygód „Włoskiego Ogiera” widzimy nie tylko „nawalanie się po pyskach”, ale również moment załamania się legendarnego boksera, który był oszukiwany przez ukochanego trenera w doborze przeciwników, odbudowanie przyjaźni z byłym wrogiem czy nieźle zarysowaną walkę z samym sobą.
Następna część byłą chyba robiona na zamówienie Ronalda Reagana, bowiem film wpisywał się w krucjatę najwybitniejszego prezydenta USA XX wieku przeciwko bolszewikom. Jednak i ten obraz dotykał ważnych aspektów życia każdego sportowca. „Rocky Balboa” z 2006 roku znakomicie zamknął wszystkie wątki sagi, naprawiając słabsze strony „Rockiego V”, który jednak bardzo sugestywnie opowiada o upadku finansowym gwiazdy sportu czy poświęceniu dla sportu własnej rodziny. Po obejrzeniu „Rockiego Balboa” pokazującym cierpienie starzejącego się boksera, który nie potrafi pozbyć się „demona walki z serca”, nie umie trafić do syna żyjącego w cieniu sławy ojca, i w końcu ma problemy z odnalezieniem się w dzisiejszym świecie, myślałem, że widzimy koniec ery takich filmów. Myliłem się. Mimo tego, że nie da się podrobić sagi o prostym, włoskim bokserze, którzy pięściami zawojował świat, to na rynku zaczęły pojawiać się obrazy o wojownikach, która skupiają się na czymś więcej niż samej walce i nawiązują do najlepszego wzorca dla wszystkich filmów o sportowcach- wybitnego „Wściekłego Byka” Scorsese.
Pisałem już kilka razy o świetnym „Zapaśniku” z fenomenalnym Mickey Rourkiem. Nie będę więc rozwodził się nad tym obrazem. Kolejnym filmem, który przywracał wiarę w kino „bokserskie” był znakomity „Fighter” z oscarowym Christianem Balem, który stworzył kreację na miarę Roberta De Niro. Oparty na faktach film o Mickym Wardzie, który z obiecującego boksera stał się uzależnionym od cracku „białym śmieciem” i wrakiem człowieka jest jednak pod wieloma względami podobny do sagi Stallone. Film opowiada bowiem nie tylko o upadku Mickiego, ale również o drodze na szczyt bokserski jego brata Dickiego, który podobnie jak ubogi Balboa walczy o „american dream”. Podobny schemat ma wchodzący właśnie na nasz rynek dvd „Wojownik”. Tym razem twórca ciekawego policyjnego „W cieniu chwały” i pokrzepiającego „Lake Placid”, Gavin O'Connor postanowił opowiedzieć o coraz popularniejszym na całym świecie stylu walki MMA ( mieszane sztuki walki). Jego piękny film opowiada o braciach, których życie zostało w różnym stopniu zniszczone przez alkoholizm ojca. Tommy Conlon (Tom Hardy) to powracający niespodziewanie do Pittsburgha amerykański żołnierz, którzy skrywa w sobie tajemnicę z Iraku. Puka on do drzwi znienawidzonego przez siebie ojca Paddy’ego (wstrząsająca kreacja Nicka Nolte) , przez którego alkoholizm musiał uciekać ze śmiertelnie chorą matką z domu. Jego brat Brendan (Joel Edgerton) to były zawodnik UFC, a obecnie nauczyciel fizyki w szkole i ojciec dwójki córek, któremu bank grozi odebranie domu. Zostaje on zawieszony w pracy za branie udziału w nocnych walkach dla pieniędzy chce on wrócić na ring by zawalczyć na gali MMA o 5 milionów dolarów.
Tego samego chce skłócony z nim Tommy, który pod wodzą ojca, próbującego odkupić swoje grzechy, również startuje w turnieju. Braci dzieli niemal wszystko. Mają jednak jeden wspólny cel- wygrać turniej i pognębić swojego ojca. „Cała trójka dała z siebie absolutnie wszystko, aby sportretować na ekranie postaci z krwi i kości - silnych, a zarazem wrażliwych; nienawistnych, a jednocześnie kochających; wściekłych, ale też metodycznie zdeterminowanych. I wszystkim trzem za występ w "Wojowniku" należą się gromkie brawa, gdyż dawno na ekranach nie gościliśmy tak angażujących emocjonalnie postaci, których losy ani na minutę nie pozostają nam obojętne”- znakomicie podsumował recenzent wp.pl. Nolte za swoją kreację dostał nawet nominację do Oscara, dlatego dziwne jest to, że jeden z najlepszych sportowych filmów ostatnich lat nie odczekał się u nas premiery kinowej. Film warto obejrzeć również dla samych walk MMA, które zostały genialnie nakręcone. Teraz to co widzimy na galach w Polsacie, bije w nas z bliska, powodując, że dosłownie czujemy ból i cierpienie zawodników. Mam nadzieję, że wielu Polaków obejrzy (prawie)„Rockiego XXI wieku” również z uwagi na to, że „czeczeński mistrz” Mamed Khalidov ( duma mojego Olsztyna) od lat w biało- czerwonych barwach promuje nasz kraj, wywalczając kolejne mistrzowskie tytuły na całym świecie. Historia czeczeńskiego uciekiniera z Groznego, który jest teraz dumą Polski wcale nie jest mniej dramatyczna od tego co pokazał na ekranie O'Connor. Może więc kiedyś my zrobimy film o naszym mistrzu? Na razie pozostaje nam znakomite amerykańskie kino, do którego z całego serca zachęcam.
Łukasz Adamski

