W piątek został zaprzysiężony 45. prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump. Czy spełni w nim pokładane nadzieje?
Przemówienie Donalda Trumpa wygłoszone z okazji objęcia przez niego najwyższego urzędu w państwie z pewnością przejdzie do historii z wielu powodów. Przede wszystkim dlatego, że krytykując waszyngtońskie elity, krytykował ostatnich kilku prezydentów z poprzednich lat. Z pewnością jego tezy będą powtarzali kolejni kandydaci kreujący się na anty-establishmentowych.
Trump zapowiedział koniec masakrowania Ameryki i polityki takiej, w której mocarstwo czyni bogatymi inne kraje, a zapomina o swoich interesach. Tym samym nawiązywał do ekonomicznego nacjonalizmu i przenoszenia miejsc pracy zagranicę z przyczyn ekonomicznych.
Czy można jednak na serio traktować zobowiązanie multimiliardera, który skomponował gabinet składający się z kolegów po fachu, że odtąd zabierze władzę elitom, a odda ją w ręce ludu? Znacznie bardziej prawdopodobne jest to, że Trump będzie dbał o interesy swojego kręgu biznesowego, amerykańskich firm, a nie zwykłych Amerykanów.
Niepokoją także kolejne zapowiedzi izolacjonizmu w polityce zagranicznej, co może świadczyć o tym, że USA będą chciały się podzielić wpływami z innymi mocarstwami. Można sobie przecież wyobrazić sytuację, że w imię swoich interesów USA sprzeda Polsce sprzęt wojskowy za miliardy dolarów, a następnie wycofa się z finansowania polityki bezpieczeństwa w regionie Europy Środkowo-Wschodniej zaraz po tym jak administracja Trumpa uzna to za nieopłacalne.
Nowy prezydent zaapelował także o wzajemną lojalność i solidarność, tak aby zakończyły się podziały i konflikty między obywatelami. Prawdą jest jednak, że Ameryka dawno nie była tak podzielona jak dzisiaj. Podobnie jak w Polsce wściekłość ogarnęła waszyngtońskie elity, które tracą wpływy i władze. Podobnie jak w Warszawie, funkcjonuje coś na kształt KOD, wspierane przez artystów i wpływowe osoby, które nie mogą pogodzić się z demokratycznymi wyborami.
„Duma”, „bogactwo”, „siła” były sloganami, które najczęściej przewijały się przez przemówienie prezydenta. Komentatorzy są zgodni, że niewiele było w nim ponad typowy populizm i zapowiedzi państwowego interwencjonizmu i protekcjonizmu.
Zarówno Amerykanie jak i konserwatyści z wielu krajów świata, w tym z Polski, z ogromnymi nadziejami patrzą na prezydenturę Trumpa. Mogą się jednak rozczarować. To prawda, Trump jest w stanie odsunąć dotychczasowe elity od koryta. Jednak wydaje się niemożliwe aby miliarder spojrzał na politykę oczami przeciętnego obywatela, albo wczuł się w sytuację Kowalskiego, w jakimś odległym kraju nad Wisłą.
Tomasz Teluk
