Na miesiąc przed wyborami prezydenckimi w USA, dość swobodnie pojmowane sprawy seksualne, nieoczekiwanie zdominowały debatę publiczną w tym kraju.
Wszystko za sprawą medialnej wrzutki, nagrania, w którym Donald Trump w niewybredny sposób chełpił się swoimi podbojami seksualnymi. Na kandydata republikanów posypały się gromy. Poparcia odmówili mu kolejni politycy z ramienia partii. Jednak potem, było coraz bardziej żenująco. Do głosów krytyki dołączył znany seksoholik aktor Robert De Niro, który w krótkim klipie zaczął obrzucać epitetami republikanina.
Kto myślał, że seksafera pogrzebie Trumpa, znacznie się pomylił. Kandydat prawicy przypomniał, że nie było w historii Stanów Zjednoczonych drugiego takiego prezydenta uwikłanego w skandale erotyczne jak Bill Clinton, mąż Hilary. Skandal w Pokoju Owalnym, w którym urzędująca głowa państwa molestowała cygarami Monikę Levinsky była przecież jedną z najgłośniejszych afer jego prezydentury.
Ujawnienie skandalizujących taśm ani nie odebrało Trumpowi animuszu, ani pewnie sympatii wyborców. Obywatele bardziej docenią szczerość, zamiast krętactwa i zamiatania trudnych spraw pod dywan (a tak rozgrywała się afera Clintona), natomiast rubaszności nigdy jeszcze nikomu nie zaszkodziły. Dowodem może być mocna pozycja innego Don Juana, ale z Europy, byłego premiera Włoch - Silvio Berlusconiego, któremu kolejne skandale, włącznie z bunga-bunga, tylko dodawały popularności.
Erotyczne barwy kampanii prezydenckiej w USA nie tyle dodają zmaganiom obu kandydatów kolorytu, o ile obnażają moralność współczesnych elit. Zarówno życie małżeńskie czy kwestie obyczajowe, nie są mocną stroną pretendentów do najwyższych zaszczytów w państwie. Stany Zjednoczone nie są krajem purytańskim, ale raczej mocno wyzwolonym pod względem seksualnym. Trzeba też pamiętać, że tematy zmagań kandydatów odzwierciedlają w jakimś stopniu nastroje społeczeństwa.
Tomasz Teluk
