Uważam, że taka możliwość zasadniczo powinna być, ale na takiej zasadzie, że każdy z ordynariuszy – mam tu na myśli biskupów, którzy kierują diecezjami, jak i prowincjałów zakonnych, powinien sam reagować na tego typu zjawiska. Tworzenie jakiegoś centrum dla całej Polski nie jest dobrym pomysłem. Każda z 45 diecezji w Polsce powinna sama rozwiązywać tego typu sprawy. Biskup, który jest pasterzem danej diecezji powinien o to dbać. Oczywiście, gdyby ktoś zgłaszał do niego problemy, a on nie chciałby się nimi zająć, to trzeba stworzyć możliwość odwołania się do przewodniczącego Episkopatu lub nuncjusza papieskiego.
Biskupi powinni orientować się w sprawach podlegających im księży, bo przecież ich relacje powinny być ojcowskie. I trzeba pamiętać, że pomoc w problemach nie oznacza ich tuszowania. Nie można także pozostawić samej sobie poszkodowanej osoby, ofiary nadużycia danego księdza. Trzeba raczej dążyć do tego, by wszystkie diecezje troszczyły się o należyte rozwiązywanie takich problemów.
Po opublikowaniu książki „Chodzi mi tylko o prawdę” otrzymałem dużo listów, zarówno od duchownych, jak i świeckich, którzy czują się poszkodowani. Widać z nich, że takie problemy nie są dobrze rozwiązywane w danych diecezjach. Choć pamiętam przypadek księdza, który niewłaściwie zachowywał się w stosunku do pewnej zamężnej kobiety. Biskup tamtej diecezji pojechał do niej, żeby porozmawiać, próbował wyjaśnić sprawę.
Z listów, które otrzymałem maluje się niejednoznaczny obraz – jedni biskupi są nastawieni na rozwiązywanie sprawy, inni udają, że nie widzą problemów. Najlepszą jednak metodą działania jest oddolne zajmowanie się takimi przypadkami. Jak ktoś dyżurujący w centrali przy takim telefonie zaufania mógłby sprawdzić, czy takie doniesienie jest prawdziwe? Albo, że nie jest wyolbrzymione? Ludzie czasem kierują się jakimiś starymi urazami, mają w pamięci różne konflikty, ktoś chce się zemścić, więc zadzwoni, opowie historię, ale co dalej?
Myślę, że diecezjalny biskup i prowincjał zakonny ma możliwość sprawdzenia wiarygodności sprawy i jej rozwiązania. Nie wierzę, żeby jakaś centralna komórka, dajmy na to w Warszawie, była w stanie to zrobić. Ponadto, są jeszcze sądy kościelne, które także mogą rozwiązywać pewne konflikty. A jeśli dana diecezja to uniemożliwia, jest jeszcze opcja odwołania się. Przewodniczący Episkopatu czy Rada Stała powinna przyjmować takie sprawy, które nie zostały rozwiązane na dole, czyli w strukturach diecezjalnych. Tworzenie takiego centralnego punktu nie ma w moim odczuciu sensu.
Z moich rozmów często wynika, że problem jest nie tyle w relacji ksiądz – świeccy, co ksiądz – biskup. Jeżeli dany biskup, który kieruje diecezją, rzeczywiście wykazuje troskę o księży, próbuje poznać ich problemy, jest ojcem, który wymaga, a jednocześnie traktuje księży po bratersku, to świetnie orientuje się w ich problemach. Wtedy taki biskup, który wie, co dolega księżom w jego diecezji, ma dobrą wolę, by zaradzić ich problemom. Konflikty pojawiają się szczególnie tam, kiedy ta relacja ksiądz – biskup jest urzędnicza, sucha. Potem wybucha afera i mówi się, że to kolejny atak na Kościół, a przecież można było rozwiązać problem u podstaw...
Rozmawiała Marta Brzezińska

