"Żyjemy w kraju zakazanych filmów. Tak! Tak! Tak! Żyjemy w kraju nowoczesnej cenzury, która bardzo dba o to, żeby szeroka publiczność nie zobaczyła pewnych prawd i filmów. Żeby szeroka publiczność nie dowiedziała się o życiorysach, rodzinnych koligacjach, podłościach, interesach, klikach, brudnych pieniądzach, mechanizmach władzy, słowem o naszej najnowszej historii" - pisze redaktor naczelny "Super Expressu" Sławomir Jastrzębowski.

Dziennikarz uważa, że nowoczesna cenzura, która jest "uzbrojona w media" strzeże interesów bardzo konkretnych grup. "Ta nowoczesna cenzura dysponuje śmiertelną dla prawdziwej demokracji gilotyną. Ta gilotyna nazywa się Przemilczeć. Są więc filmy dobre i bardzo dobre, które nie zostaną wyświetlone. A jeśli zostaną, to raz i o późnej porze. Po co ludzie mają je widzieć, po co mają wyrabiać sobie zdanie? To przecież może zaszkodzić interesom…" - czytamy w "Super Expressie".

Jastrzębowski podkreśla, że aby wyrobić sobie zdanie o skomplikowanej polskiej rzeczywistości, trzeba wysłuchać, zgodnie ze starą łacińską zasadą, również drugiej strony.

"Po obejrzeniu tych filmów mogą je Państwo potępić, powiedzieć, że są niebezpieczne, oszołomskie, bezsensowne, jadowite et cetera. Ale dopiero po obejrzeniu ich. Musicie pozwolić sobie na luksus świadomości. Poznajcie wszystkie racje. Zapraszam na projekcję "Filmy zakazane". Tylko w "Super Expressie" - puentuje redaktor naczelny "Super Expressu".

AM