Bulwersującą (a jakże!) wypowiedź Skórzyńskiego szybko podchwyciła redakcja Natemat.pl, który zaproponował na tę okazję cykl artykułów o świadomej antykoncepcji. Portal Tomasza Lisa otwartym tekstem zapowiada promowanie antykoncepcji: „ Nie chcemy pisać kolejnych frazesów. Nie chcemy pisać, że antykoncepcja jest zła, niepotrzebna. Bo nie jest. Chcemy natomiast pisać o tym, dlaczego warto ją stosować”. Redakcja deklaruje, że będzie się zastanawiać nad dylematami moralnymi osób, które stosują antykoncepcję. Osobiście, już nie mogę doczekać się efektów tych refleksji (ciekawe, czy do debaty zostanie zaproszony jakiś ksiądz, lub co najmniej etyk, rzecz jasna inny niż prof. Środa).


Zanim jednak refleksje o moralnych i zdrowotnych aspektach plasterków, redakcja funduje populistyczne hasła typu „noszą je celebrytki, noszą aktorki, noszą zwykłe kobiety w różnym wieku”. A co najważniejsze – są „niezwykle wygodne”. Fakt, zamiast pilnowania odpowiednich, stałych pór łykania pigułek czy pakowania do fikuśnej torebki gumki (ot, na wszelki wypadek) wystarczy raz w tygodniu nakleić sobie plasterek na wybraną część ciała. Na którą? Obserwując czasem mijające mnie na ulicy, w kinie czy knajpie panie odnoszę wrażenie (zapewne podobne miał Skórzyński), że im widoczniejsze miejsce, tym lepiej. Po co? Jeśli równie dobrze można nalepić plaster na pośladku, podbrzuszu czy górnej części tułowania, czyli miejscach zazwyczaj nieeksponowanych publicznie, to po co do licha tam, gdzie widać? Ano właśnie, bo oprócz tego, że plasterek działa antykoncepcyjnie, to także jest pożądanym elementem lansu.

 

I Natemat.pl sam strzela sobie w kolano, powołując się na celebrytki, które „nie pokazują się na ulicach bez plastrów na ramieniu”. - Gwiazdy udowodniły, że antykoncepcja nie musi być tematem tabu. Plaster stał się częścią ich ubioru, elementem wizerunku, gadżetem, bez którego nie pojawiały się na salonach. Zgodnie twierdzą, że robią to dla zdrowia, a antykoncepcja może być trendy”.

 

Tak bardzo trendy, że do „dobrego tonu” należy nie tylko odpowiedniej marki ciuch i wystarczająco dopracowany make-up, ale też nalepiony na odsłonięte ramię plaster. Skórzyński ocenia to jako „bardzo słabe” (z czym się zgadzam w 1000 proc.) i zdroworozsądkowo ocenia: „Czy, jeśli już decydują się na antykoncepcję, to czy nie mogą przykleić go w niewidocznym miejscu? A może ja jestem taki tępy i to taki ukryty mesydż: „Zapraszam, jestem safe”?

 

Z tym „safe” to właściwie nie do końca zgodziłabym się z redaktorem Skórzyńskim. Przecież plasterki wcale nie chronią przed HIV – tutaj zalecane byłyby, hojnie rozdawane na ulicach w czasie Euro – prezerwatywy. „Plastry były stworzone z myślą o młodych kobietach, mających stałego partnera, które nie chcą martwić się codzienną antykoncepcją” - przypomina Natemat.pl. A więc motyw zapraszania do skorzystania raczej odpada. Co zatem? Być może u podnóża żenującej mody na eksponowanie plastrów stoi coś jeszcze – zwykły, prostacki szpan. Sygnał: „Mam plaster = mam faceta, z którym regularnie TO robię, możecie mi zazdrościć”.

 

- Plastry antykoncepcyjne, jak i inne medykamenty w tej formie - plastry antytytoniowe, przeciwbólowe etc. - należy przyklejać na te części ciała, które są najmniej narażone na zgięcia - czyli ramiona, plecy, dekolt - tak jest napisane w zaleceniach i tak się składa, że letnie sukienki i bluzeczki akurat te części ciała mają najmniej zabudowane, a właściwie przeważnie całkowicie odkryte – naiwnie stara się wytłumaczyć Skórzyńskiemu „plasterkową modę” Ewa Wanat z TOK FM.

 

Jednak jakoś trudno jest mi wyobrazić sobie kobietę, która idzie do pracy do biura w sukience z całkowicie odkrytymi plecami. A nawet jeśli nosi się w lecie mocno wydekoltowane wdzianka, to plaster naklejony w dolnej części brzucha czy pleców jest raczej mało widoczny. Zupełnie nie rozumiem tego manifestowania swoich, skądinąd bardzo intymnych zwyczajów. To tak, jakby łazić po mieście z nalepioną na plecach kartką, w jakich pozycjach najchętniej uprawia się seks. Na co komu (obcemu) taka wiedza?

 

Marta Brzezińska