Zerwanie rozmów w sprawie rozejmu w Syrii między Rosją i USA, zawieszenie porozumienia o utylizacji plutonu przez Moskwę, kolejne przeloty rosyjskich bombowców nad państwami NATO. Czy sytuacja staje się coraz bardziej napięta? Czy jako Polacy powinniśmy czuć niepokój? O tym jak wyglądają obecnie relacje rosyjsko-amerykańskie i jak mogą się rozwijać w bliskiej przyszłości rozmawiamy z dziennikarzem i publicystą Andrzejem Talagą.
Fronda.pl: USA zerwały rozmowy nt. rozejmu z Rosją w Syrii. Wg informacji podanych przez telewizję FOX do Syrii Rosjanie wprowadzili właśnie swój system rakietowy obrony powietrznej SA-23 Gladiator. Co z tego wynika? Jak będzie się rozwijać sytuacja w Syrii w najbliższym czasie?
Andrzej Talaga: Trzeba pamiętać, że już wcześniej Rosjanie wprowadzili do Syrii system obrony powietrznej S-300, który to system ma zasięg ok. 400 km, więc mógłby strącać również samoloty startujące z pobliskich tureckich baz lotniczych. A więc już wcześniej Rosjanie mieli zdolność rażenia samolotów amerykańskich w dużo szerszych promieniu niż w samej Syrii, co stwarzało zagrożenie i było naruszeniem cichego konsensusu między Rosjanami i Amerykanami.
Na czym ten konsensus dokładnie polegał?
Konsensus ten stanowił, że obie strony nie wprowadzają w regionie Syrii systemów broni, którymi mogłyby razić się nawzajem. Mamy tymczasem sytuację dość napiętą, gdy hipotetycznie możliwe są strzały Rosjan do amerykańskich samolotów startujących z Turcji nad Syrię. Oczywiście do tej pory to się ani razu nie stało, a Rosjanie mają szczególnego powodu, by zdecydować się na taki krok, jednak istnieje taka możliwość. Poza tym Amerykanie rozgraniczali strefy nalotów w Syrii, to znaczy tak ustawiali ataki, aby nie spowodować nawet hipotetycznie kolizji, aby nie uruchomić systemu obrony pasywnej przeciwnych samolotów. Do tej pory wszystko przebiegało więc w dość cywilizowany sposób.
Jaki tym samym jest cel działań Rosji zaburzających ów konsensus?
Celem Rosji nie jest ugodzenie w Stany Zjednoczone w sposób bezpośredni. To byłoby zbyt duże ryzyko. Celem jest prowokowanie USA i to na wszystkich możliwych polach – na morzu, lądzie i w powietrzu. Rosjanie prowokują m.in. poprzez łamanie konwencji dotyczących plutonu, czy kwestii elektrowni jądrowych. Prawdopodobnie chodzi nie tyle o to, żeby spowodować jakieś rzeczywiste napięcie w relacjach z USA (ono i tak jest już duże), ale powodem są tu potrzeby rynku wewnętrznego i chęć pokazania, że Rosja jest wielkim imperium, które nie boi się Amerykanów.
Czy to jedyny powód?
Z pewnością jest to również testowanie drugiej strony. Pamiętajmy, że każda konfrontacja zbrojna, czy użycie systemów obrony szerokiego rodzaju stanowi test tego, jak się zachowa NATO, jak się zachowają Amerykanie, jakie systemy antyrakietowe są wprowadzane w Syrii, bo takowe muszą istnieć. To wszystko pozwala sprawdzać, jak druga strona zachowuje się w warunkach zbliżonych do konfliktu zbrojnego obu stron. Pod tym względem Rosjanie z pewnością testują zachowanie NATO w ogóle, a Amerykanów w szczególności.
Jakie są jeszcze inne wyraziste przykłady tego testowania sił?
Tego typu incydentem było pamiętne zestrzelenie rosyjskiego samolotu przez Turków. To nie był bombowiec, tylko samolot przystosowany do walki elektronicznej. On skutecznie wyłączał systemy łączności w całej południowo-wschodniej Turcji, latając wzdłuż granicy. Turcy po prostu pewnego się zdenerwowali, czekali, aż wleci za ich granicę i go zestrzelili. Tamten incydent też miał więc na celu testowanie się dużych bloków wojskowych – Rosji z jednej strony i NATO z drugiej. Tak samo dzieje się teraz.
Rosjanie zawiesili porozumienie z USA w sprawie utylizacji plutonu, a media w tym rosyjskie donoszą, że Władimir Putin zwiększa wydatki na wojsko o miliardy dolarów. Czy powinniśmy odczuwać niepokój? A może to również są ruchy nastawione na politykę wewnętrzną i chęć pokazania potęgi i siły Federacji Rosyjskiej?
Zastanówmy się, co właściwie oznacza zawieszenie porozumienia w sprawie plutonu. W zasadzie niewiele. Rosja i tak ma wystarczającą liczbę głowic nuklearnych, by zniszczyć Stany Zjednoczone i zresztą z wzajemnością. Uzupełnienie tego faktu ewentualną możliwością przerobienia plutonu dla celów wojskowych, absolutnie nie stanowi w tym przypadku wartości dodanej. Nie służy to żadnemu praktycznemu celowi, a wyłącznie prowokowaniu oraz realizacji polityki wewnętrznej.
A co z wydatkami na zbrojenia?
One rzeczywiście mają miejsce, ale są bardzo specyficzne. To inne zbrojenia niż te, które mają miejsce w NATO, jako że w Rosji mamy do czynienia ze zbrojeniami związanymi z bronią starszej generacji. Polega to na tym, że broń jest modernizowana, a także wprowadza się nowe systemy dowodzenia, naprowadzania na cele, czy wprowadzania gotowości bojowej. To właśnie robią Rosjanie, wykorzystując stare samoloty i stary sprzęt. Te zmiany są jednak bardzo skuteczne, co pokazała wojna na Ukrainie.
Na czym dokładnie polega różnica w działaniach Rosji i NATO pod tym względem?
Amerykanie inwestują w precyzyjność broni, zaś Rosjanie w precyzyjne namierzanie celów, które są poddawane ostrzałowi obszarowemu. To znaczy nie trafiają w samochód, tylko we wszystko w promieniu trzystu metrów od tego samochodu. Taka jest różnica prowadzenia wojny przez oba kraje wynikająca też z różnic finansowych. Rosjanie rzeczywiście dokonują zbrojeń, ale nie są one zaawansowane technologicznie, bo Rosjanie technologii po prostu nie mają. Po drugie, warto porównać deklaracje co do kwot wydawanych na wojsko z rzeczywistymi wydatkami. Rosja najzwyczajniej nie ma pieniędzy, by inwestować ogromne kwoty w wydatki zbrojeniowe. Jeżeli natomiast patrzymy na propagandowe przesłanie, trzeba zauważyć, że te wydatki jednak wzrastają kompleksowo i progresywnie od jakiś pięciu lat.
Rosyjskie samoloty w ostatnim czasie przelatywały nad Norwegią, Wielką Brytanią, Francją i Hiszpanią. Czy to kolejna prowokacja stanowiąca kontynuację strategii Rosjan, którzy często nadlatują w obszary NATO, czy może raczej eskalacja tej strategii?
Jest to absolutnie kontynuacja, nie można tu mówić o tym, że te prowokacje pod jakimś względem eskalują. Rosjanie ostatnio wznowili loty bombowców strategicznych nad Arktyką, a to jest kierunek strzałów rakiet balistycznych w kierunku Stanów Zjednoczonych i vice versa. Tego wcześniej nie było. Wznowili również przeloty nad Atlantykiem. Jest to ocieranie się o przestrzeń powietrzną danych krajów, Rosjanie wszak nie wlatują do Francji, czy Wielkiej Brytanii. Prowokują tym samym grupy myśliwców przechwytujących, które zawsze startują w takim wypadku.
A więc ponownie jest to testowanie możliwości NATO?
Tak, jest to ten sam cel. Jest to również testowanie samych bombowców rosyjskich, których zresztą obecnie z powodów technicznych jest bardzo mało. Ale to, co jest, ma być sprawne i zdolne do ataku. Rosjanie sprawdzają więc własną gotowość do walki, jak i gotowość NATO do obrony. Za każdym razem, gdy taki przelot ma miejsce, następuje namierzenie danej jednostki, wysłanie samolotów przechwytujących i obserwowanie, co się dalej z takim samolotem dzieje. Rosjanie badają np. gdzie są rozmieszczone radary i na jakich pracują częstotliwościach. To wszystko nie jest niczym nowym, bardziej niepokojące od tych przelotów jest to, co działo się wcześniej.
To znaczy?
Rosjanie jakiś czas temu testowali lotnicze ataki nuklearne na państwa natowskie, np. na Bornholm, a także ataki rakietowe na Sztokholm i na Warszawę. Przy ćwiczeniu ataku nuklearnego przeloty w okolicach granicy francuskiej, czy hiszpańskiej nie brzmią więc zbyt dramatycznie.
A więc obecnie obywatele naszego kraju powinni patrzeć na to wszystko jako na rodzaj nowej Zimnej Wojny między Rosją i USA, czy jednak możemy odczuwać niepokój?
Jest to wzajemne badanie się USA i Rosji, ale ponieważ ono trwa, musimy mieć świadomość, że wzmożenie wysiłków obronnych Polski jest w tym momencie absolutnie kluczowe. Skoro Rosjanie ćwiczą i pokazują kły, należy liczyć się z tym, że te kły pewnego dnia mogą ugryźć. Dlatego powinniśmy te wydarzenia traktować bardzo poważnie i powinny one stanowić argument za reformowaniem i zwiększeniem wydatków na naszą armię i cały system obrony.
