"Był gigantem, gigantem obrony życia, wielkim bohaterem kanadyjskiego ruchu pro life". W wieku 97 lat zmarł znany kanadyjski działacz pro life, ks. Ted Colleton. 

- Był wspaniałym przykładem, dawał wszystko, co miał dla nienarodzonych i tych, których życie było zagrożone – wspomina szef Campaign Life Coalition National, który przyjaźnił się z ks. Colletonem przez blisko trzydzieści lat.

Przyjaciel zmarłego księdza wspomina, że nawet mimo podeszłego wieku prowadził on aktywny tryb życia, nieraz aktywniejszy niż niejeden 30-latek. - Nigdy nie odpoczywał. Wyznaczył dla nas pewne standardy. Jest tylko kilka osób, które dokonały więcej niż on – dodaje Hughes i sytuuje go w gronie takich osób, jak Linda Gibbons, ks. Ken Campbell, Joanne Dieleman czy Joe Borowski.

"Jestem radykałem"

Ks. Ted Colleton urodził się i wychował w Irlandii. Święcenia kapłańskie przyjął w 1940 roku, następnie 30 lat spędził jako misjonarz w Kenii, skąd został wydalony w 1971 roku przez dyktatora Jomo Kenyatta.

Przybył do Kanady, gdzie kolejne 35 lat przeżył jako niestrudzony obrońca życia i bezkompromisowy głosiciel Dobrej Nowiny. Był zaciekłym przeciwnikiem kultury śmierci i jej objawów: aborcji, antykoncepcji i eutanazji. Poświęcił tym zagadnieniom dziesiątki publikacji – przez ćwierć wieku był felietonistą gazety "The Interim". Wydał także trzy książki – dwa zbiory felietonów i autobiografię.

W 1980 roku został aresztowany za zabarykadowanie wejścia do Henry Morgentaler’s – nielegalnej klinki aborcyjnej w Toronto. Po tym wydarzeniu został nazwany „radykałem”, co na tyle przypadło mu do gustu, że swoją gazetową kolumnę zatytułował: „Tak, jestem radykałem. Wciąż radykałem”.

Mówił o konieczności obrony życia, kiedy tylko nadarzała się ku temu okazja. Wygłosił tysiące homilii na ten temat. Chętnie pojawiał się w telewizji, udzielał wywiadów radiowych. Kiedyś podsumował, że podczas swoich licznych podróży mógł osobiście porozmawiać z blisko 100 tysiącami Kanadyjczyków. Szacuje się, że przez trzydzieści lat zebrał ponad milion dolarów na obronę życia.

„Ten mały, dowcipny irlandzki ksiądz”

Wszyscy znajomi i przyjaciele ks. Colletona wspominają go jako oddanego kapłana. Podkreślają jego niesamowite poczucie humoru.

Mary Ellen Douglas, organizatorka Campaign Life Coalition, wspomina, że umiał łapać kontakt z młodzieżą, by przekazywać im Dobrą Nowinę. - Po tym, jak zaciekawiał ich różnymi sztuczkami i swoim irlandzkim humorem, przechodził do mówienia o obronie życia. Ten "mały, dowcipny, irlandzki ksiądz” - mieli mówić o nim pieszczotliwie młodzi.

Douglas wspomina go jako „wyjątkowo płomiennego mówcę”, który na każdym, kogo spotkał, odciskał trwały ślad. - Jest prawdziwym bohaterem. Był dla nas jak przywódca, kierownik duchowy, dodawał nam odwagi – wspomina kobieta.

Dan McCash, prawnik, także wspomina kapłana jako „wielkie natchnienie dla wielu ludzi”. - Miał cichy, spokojny sposób na afirmację swojej miłości do bliźniego, na każdym etapie życia – od poczęcia aż do podeszłego wieku – wspomina. - Był bardzo wyrozumiały – dodaje.

- Trudno mi myśleć o tym, że już go nie ma, że odszedł i nas zostawił, ale jestem przekonany, że tam w niebie bardzo nam pomaga – konstatuje McCash.

"Jedyne, co możemy zrobić, to się modlić"

Ks. Colleton często korzystał także ze swojego doświadczenia nabytego w Kenii. Uważał, ze nigdy w języku suahili nie istniało słowo „aborcja”, bo kobiety w ciąży są w Afryce traktowane z należytą im czcią – opowiada Hughes. I dodaje, ze ks. Colleton zawsze wielkim szacunkiem darzył kobiety, a szczególnie kobiety w ciąży i po prostu nie mógł uwierzyć, ze wszystkie okropieństwa związane z aborcją dzieją się w Kanadzie.

W 2007 roku ks. Colleton zakończyl oficjalnie swoją działalność pro life, oddając się kontemplacji i modlitwie. - Zawsze twierdził, że największą rzeczą, jaką możemy zrobić, jest modlitwa. W ostatnich dniach jego życia Bóg dal mu niezwykłą możliwość przemodlenia wszystkich wniosków, jakie mógł wyciągnąć z całej swojej działalności – kończy Hughes.

eMBe/LifeSiteNews

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »