17 grudnia 2010 roku koło fabryki papieru we Włocławku znalezione zostały pierwsze karty do głosowania, pochodzące z wyborów prezydenckich. Karty były puste lub z zaznaczonym nazwiskiem kandydata na prezydenta RP, Jarosława Kaczyńskiego. Jak pisała „Gazeta Wyborcza”, dokumentów leżących w błocie było bardzo dużo. O to, skąd się wzięły we Włocławku oraz w jaki sposób tam trafiły, portal Fronda.pl, zapytał bydgoską policję, która zajmowała się sprawą.

Z policyjnych ustaleń wynika, że cała sprawa jest wynikiem niedbalstwa. Nie stwierdzono złamania prawa. Policja z Bydgoszczy zapewnia, że karty nie zostały wyjęte z urn przed ich policzeniem. - Policjanci z komendy miejskiej w Bydgoszczy w grudniu 2010 roku wszczęli dochodzenie w związku z ujawnieniem na terenie Włocławka kart do głosowania w wyborach Prezydenta RP. Karty pochodziły z Obwodowych Komisji Wyborczych na terenie Bydgoszczy. Jak się okazało w przedmiotowych komisjach wyborczych nie stwierdzono braku kart do głosowania - pisze portalowi Fronda.pl nadkomisarz Maciej Daszkiewicz z zespołu prasowego KWP w Bydgoszczy.

Zaznacza, że policjanci ustalili, że „zgodnie z obowiązującymi przepisami Dyrektor Archiwum Państwowego w Bydgoszczy wydał w listopadzie 2010 roku decyzję o brakowaniu m.in. kart do głosowania”. - Ujawnione karty miały zostać zniszczone i przekazane do Fabryki Papieru we Włocławku. Najprawdopodobniej zostały zniszczone w sposób niewystarczający i wypadły w czasie transportu lub podczas składowania w wymienionej fabryce. Ponieważ nie stwierdzono w tym przypadku naruszenia przepisów prawa sprawa została umorzona (pod koniec stycznia) z uwagi na to, że czyn nie zawiera znamion czynu zabronionego – dodaje nadkomisarz Daszkiewicz.

Jednak mail z bydgoskiej policji nie tłumaczy wszystkiego. Wciąż nie wiadomo np. dlaczego tym razem karty do głosowania trafiły do Włocławka. Pytany przez toruńską „Gazetę Wyborczą” Dyrektor Archiwum Państwowego w Bydgoszczy Eugeniusz Borodij informował, że karty z Bydgoszczy zawsze trafiały do Świecia, ponieważ ono jest dużo bliżej. Do Włocławka trzeba było je wieźć aż 100 kilometrów. O tym, że karty do głosowania trafiły do fabryki we Włocławku, nie wiedział również kierownik tego zakładu. - Nic mi nie wiadomo o tym, aby jakieś karty do głosowania trafiły do nas na makulaturę, a pamięć mam dobrą – stwierdził kierownik Zasada.

Zgodnie z rozporządzeniem ministra kultury i dziedzictwa narodowego z 2000 roku po przeliczeniu głosów w obwodowych komisjach wyborczych karty do głosowania są sortowane, pakowane i trafiają do depozytów właściwych urzędów miast i gmin. Tam dostęp do nich mają tylko sądy, prokuratury i policja. Po 30 dniach od ogłoszenia przez Sąd Najwyższy ważności wyborów, karty są niszczone. Odpowiada za to dyrektor delegatury Krajowego Biura Wyborczego, który sposób niszczenia ustala z dyrektorem miejscowego archiwum państwowego. Wszystko powinno się odbyć pod nadzorem delegatury KBW.

W tym jednak wypadku procedury zostały złamane, a sprawy nie dopilnowano. Choć wątpliwości dotyczących kart wyborców Jarosława Kaczyńskiego policyjne tłumaczenie do końca nie rozwiewa...

Stanisław Żaryn

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »