Więcej, on robi wrażenie, jest sugestywny, dobrze grany przez celebrycką w większości ale dającą z siebie wszystko obsadę, świetnie nakręcony, z piękną muzyką Jana Kaczmarka. Ale co najważniejsze nie ośmiesza Polaków walczących w drugiej wojnie światowej. Przeciwnie jest hymnem na cześć bohaterstwa obrońców Westerplatte. Zdaję sobie naturalnie sprawę, że to zawsze kwestia osobistych odczuć. Ale mam wrażenie, że ja akurat jestem na to wyczulony.

 

Jedyni źli w tym filmie to Niemcy, nasi bohaterowie budzą od początku do końca sympatię. A to ważna informacja, bo polskie współczesne kino wcale nie musi nam takiego komfortu gwarantować. Naturalnie podkreślam raz jeszcze, piszę o wersji ostatecznej. W roku 2008 czytałem pierwszą wersję scenariusza Chochlewa. I doskonale przypominam sobie ogólne wrażenie. Wbrew temu co pisali najbardziej zacietrzewieni krytycy tamtej wersji, reżyser nie chciał nikogo zaatakować czy ośmieszyć. Ale nagromadził tyle drastyczności i ekstrawagancji, że uprawnione było pytanie, czy to tylko własna autorska wersja mitu czy jego mimowolne postawienie w cudzysłów.

 

Z wielu scen Paweł Chochlew ostatecznie zrezygnował, inne przerobił. Domyślam się, że z powodu tamtej swojej młodzieńczej zapalczywości, i tak swoich ówczesnych oponentów nie przekona. Czasem i oni przesadzali: pretensja o to, że oficerowie są w tym filmie brudni i nieogoleni (a przypomniałem sobie te głosy przeglądając pobieżnie internetowe debaty) pobrzmiewa absurdem. Jak byście sami wyglądali w realiach takiego oblężenia? Niektóre sytuacje były demonizowane: te mityczne już nagusy, które uciekają z morza przed Niemcami to trójka żołnierzy i ich całkiem niewinny wygłup. Czy wyraz uznania dla chwały polskiego oręża to przedstawianie Polaków jako smutasów? Amerykanie, Anglicy świetnie sobie z tym radzą. Ich bohaterowie są żywymi ludźmi i nie przestają być bohaterami.

 

Ale powtarzam, „uczłowieczanie” powinno mieć także swoje granice, by nie popaść w przesadę w drugą stronę. Jeśli Chochlew zrezygnował z takich „atrakcji” jak lizanie pornograficznych kart na rzecz ascezy brutalnego znoju uporczywej obrony – tym lepiej dla filmu.

 

Główny wątek, można by rzec temat, też był krytykowany. Już w filmie Stanisława Różewicza z 1967 pojawiła się naturalnie opozycja: pragmatyczny pozytywistyczny major Sucharski kontra romantyczny kapitan Dąbrowski. To starcie ciekawe.

 

Także i w tym filmie każda ze stron, podkreślam sympatycznych, ma swoje racje, skomplikowane jeszcze zewnętrznymi okolicznościami, których nie chcę zdradzać, choć były one podczas dawnej dyskusji szczegółowo omawiane. Wagę tych racji podkreślają wyraziste sylwetki Sucharskiego (Michał Żebrowski zamiast Lindy) i Dąbrowskiego (Robert Żołędziewski). Dąbrowski nie jest wcale, jak twierdzono bezrozumnym watażką. Zresztą to on a nie Sucharski wyraża nastawienie znacznej części załogi Westerplatte.

 

A że spór był ważny i jest ważny, przekonuje mnie każde włókno polskiej historii. Umarł właśnie prymas Glemp, który przekonywał nas w 1981 roku, że najważniejsze jest życie, że nie ma co ryzykować szafowania ludzką krwią. Ilu z nas z nim się wtedy spierało? Ja na przykład tak.

 

Cały tekst Piotra Zaremby można przeczytać na portalu wNas.pl

 

AM