Tydzień temu „Newsweek” po raz kolejny zaszokował. A może nie tyle zaszokował, co zwyczajnie przekroczył granicę dobrego smaku. Ale czyż po okładce z modelem samolotu na krzyżu czy portretem Antoniego Macierewicza w turbanie, dwie lesbijki ze swoim dzieckiem jeszcze kogoś zdziwią?

 

Może niekoniecznie, ale dla redakcji Fronda.pl zastanawiającą stała się inna kwestia. Jak swoją obecność na łamach tygodnika, który nawet nie próbuje ukrywać swojej antykatolickości, godzi Szymon Hołownia, dyrektor programowy Religia.tv, autor wielu książek o tematyce religijnej. Do redaktora Hołowni nie dzwoniłam z pytaniem, kiedy odejdzie z „Newsweeka”, ale tak zwyczajnie, chciałam wiedzieć, jak da się pogodzić te dwie skrajne rzeczywistości – pisanie na łamach pisma, które promuje związki partnerskie i adopcje dzieci przez homoseksualistów, czy domaga się liberalizacji ustawy o in vitro (to oczywiście tylko kilka przykładów z brzegu) z otwartym deklarowaniem się jako katolik. Hołownia obiecał, że odpowie. W najbliższym wydaniu tygodnika. Mój poniedziałek zaczął się więc od „Newsweeka”.

 

- Od tygodnia pytają mnie, kiedy zrezygnuję z felietonu w „Newsweeku”, bo na jego okładce dwie lesbijki oznajmiły, że wychowują dziecko. Nie zrezygnuję – odpowiada Hołownia. I argumentuje: „Gdybym miał składać broń po każdej okładce „Newsweeka” wywołującej mój sprzeciw, nie starczyłoby mi czasu na pisanie czegokolwiek innego niż wypowiedzenia”.


I właściwie, trudno nie przyznać racji Hołowni, który dodaje, że nie oczekuje od rynku medialnego, aby w stu procentach rezonował z jego poglądami. - Idea rzucania papierami z powodu nieutożsamiania się musi być chyba – pytam, nie rozstrzygam – przemyślana na nowo, podobnie jak idea bojkotu konsumenckiego. W firmie Google komuś ostatnio odbiło do szczętu i doszedł do wniosku, że musi Polaków wyedukować stosownymi ikonkami, bo jesteśmy homofobiczni. Co robić, nie używać Google? Nie latać SAS-em, bo organizował gejom śluby w chmurach? - zastanawia się Hołownia.

 

Jest jednak pewna różnica między bojkotem konsumenckim, a publikowanie na łamach gazety, która drwi z wartości ważnych dla katolików. Sam bojkot może być w wielu przypadkach skutecznym narzędziem perswazji. Niczego innego nie boją się firmy tak bardzo, jak skojarzenia ich marek z kontrowersyjnymi treściami, co mogłoby nieco uderzyć po ich kieszeniach. Z drugiej strony, bojkotowanie jakiejś imprezy, która i tak się odbędzie (vide: Krucjata Młodych walcząca z występem Madonny 1 sierpnia) przydaje jej tylko niepotrzebnego rozgłosu. Podobnie, jak było z „wyczynami” niejakiego Nergala, który do pewnego momentu był rozpoznawalny jedynie w gronie swoich, mających nieco nierówno pod sufitem, fanów. Oczywiście, trudno pozostać obojętnym, kiedy jakiś pajac wybiega na scenie i szarga Pismo Święte, ale z drugiej strony, inny pajac grający podobną muzykę, twierdził, że uwielbia osoby, które protestują przeciw jego twórczości. - Żeby spalić moje płyty, muszą je najpierw kupić – miał powiedzieć.

 

Nieco inaczej wygląda sprawa publikowania na łamach takiego na przykład „Newsweeka”, bo podpisując się pod artykułami swoim nazwiskiem, Szymon Hołownia w moim odczuciu niejako przykłada rękę do tego, co promuje tygodnik. Chociaż ostentacyjnie się od tego odcina: „Sądzę, że to (wychowywanie dzieci przez homoseksualistów – przyp. MB) himalaje egzotyzmu zasnute różową chmurką afektów. Osobom homoseksualnym należy się pełen szacunek. Gdy jednak mówią: ponieważ czujemy, że białe jest żółte, to wy też uznajcie, że jest żółte – zgody być nie może. Rodzina to JEST związek kobiety i mężczyzny, niezależnie od tego, co na ten temat SĄDZI profesor, premier, poseł Palikot czy królowa Bhutanu”.

 

Hołownia podkreśla ponadto, że ceni sobie możliwość publikacji w „Newsweeku” i tego, że na łamach tygodnika może wyrazić swoje opinie, choć mógłby zażywać świętego spokoju na łamach pism katolickich. I tu znowu muszę zgodzić się z dyrektorem Religia.tv. Nie sztuką jest mówić, że aborcja to morderstwo a dwie mamy to niekoniecznie najlepszy pomysł na wychowywanie dzieci zdeklarowanym katolikom. Występując w gronie osób, z którymi się zgadzamy, mamy co najwyżej szanse „przekonywać już przekonanych”. Jezus Chrystus w całym Nowym Testamencie nie mówi ani słowa o tym, żeby Apostołowie chodzili tylko do osób, które sobie tego życzą, albo się z nimi zgadzają. „Idźcie na CAŁY świat” - polecał.

 

Wydaje mi się jednak, choć to pewnie znowu kwestia do rozstrzygnięcia, a nie twardy osąd, że jest pewna delikatna różnica między wychodzeniem z ewangelicznym przesłaniem (tudzież swoimi konserwatywnymi poglądami) na różne fora, a pozostawaniem w stałym kontakcie z redakcją, która nie ukrywa, że walczy z Kościołem. Do tego dochodzi jeszcze pewien niesmak, jaki budziłoby publikowanie dziennikarza, załóżmy „Frondy” czy „Gościa Niedzielnego” na łamach „Gazety Wyborczej”. Wychodzenie do różnych środowisk i naprzeciw tym NIEprzekonanym to oczywiście piękny motyw, ale rodzi się pytanie, na ile ci czytelnicy „Gazety Wyborczej” czy „Newseeka” w ogóle „kupują” te treści? Czy jest to dla nich raczej egzotyczny dodatek, którego może wcale nie czytają, a jeśli czytają, to jedynie po to, żeby to obśmiać, zaś redakcja pisma przy okazji roztacza nad sobą płaszczyk światopoglądowego pluralizmu. Bo jeśli jest właśnie tak, to chyba taka pisanina jest psu na budę...

 

Marta Brzezińska