"Powiedzmy szczerze – politycy i dziennikarze i tak przed końcem ciszy wyborczej wymieniają się informacjami, szacunkami, przeciekami z firm badawczych przygotowujących sondaże tzw. exit polls. W czasie wyborów prezydenckich w 2010 r. dziennikarze relacjonowali rzekomy wyścig żużlowy, gdzie pod nazwiskami sportowców kryły się informacje, ile procent głosów zebrali Jarosław Kaczyński czy Bronisław Komorowski. Podobnie było w 2011 r., gdy nagle najpoważniejsi komentatorzy podawali informacje o... cenach warzyw na targu." - pisze Szułdrzyński
Przytacza także przykłady z innych krajów, które wyraźnie kompromitują ideę ciszy przedwyborczej. Choćby opinię Eryka Mistewicza, znawcy francuskiej sceny politycznej: "Ostatnie wybory prezydenckie we Francji pokazały, że przepisów o ciszy wyborczej nie da się wyegzekwować. Miliony Francuzów korzystających z nowoczesnych mediów w czasie rzeczywistym mogły dowiedzieć się o cząstkowych wynikach wyborów"
W przypadku referendum prawo jest jeszcze bardziej restrykcyjne - ponieważ ważny jest nie tylko wynik, ale także frekwencja nie dowiemy się nawet wcześniej jaki procen obywateli poszedł do urn. Cisza wyborcza swoje źródło ma w idei racjonalnego wyboru każdego obywatela, który w ciszy i spokoju ma podjąć decyzję jaki głos i czy w ogóle chce oddać. Jest to jednak swoista wyborcza utopia.
ToR/rp.pl
