- Czy ja mogę wyrazić się artystycznie o panu Palikocie? - zapytał Paweł Kukiz na antenie Radia ZET. - Proszę bardzo - odpowiedziała Monika Olejnik. Na co Kukiz odpowiedział krótko i dobitnie: „Ch... Jak artysta artyście”.
Śmiała deklaracja byłego wokalisty zespołu Piersi wzbudziła prawdziwe oburzenie nadwornych guwernerów dobrego smaku, którym nie spodobało się obrażanie polityka niosącego przed ciemnogrodem "oświaty kaganek". I tym razem nie zadziałały - powtarzane jak mantra - frazesy o swobodzie artystycznej. Kukiz podpadł. Co innego, gdyby - niczym Adam "Nergal" Darski - podarł na scenie Biblię i krzyknął "Żryjcie to gówno!". Wówczas p. Paweł mógłby liczyć na jakiś ukłon ze strony mainstreamu. Może nawet autorski program w telewizji publicznej? A tak, pozostaje mu walka na kolejnym froncie.
Dziwne, że salon nie podnosił podobnych zarzutów w przypadku gniotu Władysława Pasikowskiego "Pokłosie" (aż przykro mówić tak o filmie utalentowanego reżysera). Krajowe elitki broniły jednostronnego obrazu od którego biła artystyczna cienizna, niemal jak niepodległości. I co z tego, że obraz mijał się z faktami historycznymi, co z tego, że fabuła przypominała kalkę scenariuszy amerykańskich thrillerów klasy B, co z tego, że do produkcji dołożyła się rosyjska fundacja. "Sztuka je sztuka!", jak powiedział jeden z wojskowych w "Krollu" (choć akurat w nieco innym kontekście). Wszyscy bronili "Pasika" argumentami o swobodzie artystycznej, autonomii sztuki, etc., etc...
Nikt jednak nie zająknął się o tych zasadach, gdy Państwowy Instytut Sztuki Filmowej odmówił udzielenia dofinansowania dla filmu... Krzysztofa Zanussiego. Mogłoby się wydawać, że znanemu reżyserowi nie może spaść włos z głowy, przynajmniej jeśli chodzi o polską kinematografię. Tyle, że twórca "Barw ochronnych" postanowił stworzyć komedię "Ciało obce", która ma być satyrą na środowiska feministyczne.
Zgodnie z zasadą "kto nie z nami, ten przeciwko nam", feministki wyraziły swój sprzeciw, a Zanussi mógł zapomnieć o kasie na swoją najnowszą produkcję. I cóż z tego, że zbierał laury na festiwalach w Cannes i Wenecji, cóż z tego, że przez salon jest uznawany za autorytet? Popełnił - w oczach politpoprawnego towarzycha - herezję, więc musi za nią odpokutować, a mowę-trawę o swobodzie artystycznej może włożyć między bajki.
W końcu swoboda swobodą, ale komuś służyć trzeba. Najlepiej poprzez sztukę.
Aleksander Majewski
