Dyrektor warszawskiej Caritas po raz pierwszy zdecydował się odpowiedzieć na zarzuty mediów. W rozmowie z "Gościem Niedzielnym" (na stronach dotyczących archidiecezji warszawskiej) podaje kilka szczegółów, które pominęli reporterzy TVN "Uwaga" i "Rzeczpospolitej".

- Kłamliwe stwierdzenia dotyczyły kilku kwestii – mówi ks. Zembrzuski. Według niego, po pierwsze sprzedaż siedliska na Podlasiu, która miała być finansowym "przekrętem", była legalna i jawna. - Agencja Nieruchomości Rolnych, której przysługiwało prawo pierwokupu nieruchomości po ustalonej między stronami cenie, nie skorzystała z tego prawa. Właściwy Urząd Skarbowy nie zakwestionował ceny sprzedaży ani nie skorygował jej przez zastosowanie domiaru – wyjaśnia duchowny.

Drugim kłamstwem według Caritasu była informacja o rzekomym sprzeciwieniu się woli kobiet, które Caritas przekazały działkę w spadku. - Pragnęły, aby dom był przeznaczony na cele charytatywne, nigdy nie było mowy o domu samotnej matki – mówi ks. Zembrzuski prostując medialne rewelacje. Dodaje, że stan w jakim znajdował się budynek, zdecydowanie nie pozwalał na to, by otworzyć tam podobny ośrodek. Pieniądze otrzymane ze sprzedaży posiadłości zostały, jak podkreśla duchowny, w całości przeznaczone na cele charytatywne.

Po trzecie, cena budynku razem z gruntem nie została zaniżona – zapewnia. Dla wyjaśnienia sprawy ks. Zembrzuski zlecił ponowne oszacowanie ceny siedliska na stan sprzed czterech lat. - Wszystko wskazuje na to, że w 2006 roku nikt nie dałby za tę nieruchomość więcej – mówi duchowny. Dodaje także, że jako dzisiejszy dyrektor Caritas, odmówiłby przyjęcia placówki w takim stanie i z taką lokalizacją.

Ale trzy główne zarzuty z programu "Uwaga" to nie wszystko, bo wzmocniła je publikacja "Rzeczpospolitej", gdzie ujawniono proceder "podwójnego księgowania" w placówce przy ul. Żytniej w Warszawie.

Dyrektor odnosi się także do tego zarzutu. - Z różnicy między kwotami finansowano różne, trudne do zaksięgowania wydatki schroniska, takie jak opłaty parkomatowe czy papierosy dla bezdomnych. Największą pozycję stanowiła rekompensata za wielogodzinną codzienną pracę kierowcy schroniska, którym był jeden z bezdomnych. Osoba odpowiedzialna za tę praktykę prowadziła przez cały czas nieformalną dokumentację czynionych wydatków – mówi "Gościowi Niedzielnemu".

Jak to się stało, że obie sprawy sprzed lat (o których zresztą wiedziała warszawska kuria) nagle, w niewielkim odstępie czasowym, trafiły do prasy? Ks. Zembrzuski nie ma wątpliwości. - Autorem obydwu donosów do mediów jest były wicedyrektor Caritas, którego metropolita warszawski odwołał z funkcji – mówi "Gościowi Niedzielnemu" i - dopytany przez dziennikarza – potwierdza, że chodzi o franciszkanina o. Deynę, który pracował w warszawskim Caritasie przez osiem miesięcy do października ub. roku. To on zaniósł temat i dokumentu do redakcji "Rzeczpospolitej".

Czego nauczyła się warszawska Caritas z obu "afer"? - Na pewno będziemy się trzymać ściślej wszelkich procedur, by nie dać nieprzychylnym mediom pożywki do ataków – odpowiada ksiądz dyrektor. W sprawie nierzetelności materiałów dziennikarskich złożył już zawiadomienia do prokuratury. Teraz przez "dalszą sumienną pracę na rzecz ubogich" chce odzyskać nadszarpnięte zaufanie. Na sugestię, że może trzeba uderzyć się w piersi i przyznać, że popełniło się błąd, odpowiada spokojnie: - Błędów nie popełnia tylko ten, kto nic nie robi.

AJ/GN

 

 

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »