Zdaniem „Süddeutsche Zeitung”, nowy szef urzędu Roland Jahn zapowiadając zwolnienie tych, którzy pracowali wcześniej w służbach bezpieczeństwa NRD zachowuje się jak Stasi. Zdaniem „SDZ”, jego plany do „skandal”, a on sam motywowany chęcią odwetu depcze prawo.
Roland Jahn – były dysydent w czasach NRD – był więziony w czasach komuny a potem został wydalony do RFN. Obejmując stanowisko szefa Urzędu ds. Stasi mówił wyraźnie, że obecność byłych funkcjonariuszy Stasi w tej instytucji „to policzek dla ofiar" służby bezpieczeństwa NRD.
W instytucji, w której pracuje obecnie około 47 tysięcy osób, prawie dwa tysiące obecnych pracowników związanych było przed laty ze służbami bezpieczeństwa. To byli pracownicy etatowi Stasi. Marianne Birthler, poprzedniczka Jahna, wielokrotnie zapewniała, że nie mają oni nic wspólnego z merytoryczną pracą instytucji. Tłumaczyła, że przejęła ich niejako z dobrodziejstwem inwentarza i nic nie może w tej sprawie zrobić.
– Większość z nich pracuje w ochronie i w recepcji, co oznacza, że odwiedzający nas interesant będący ofiarą Stasi spotyka się od razu z byłym pracownikiem Stasi – tłumaczy Roland Jahn, podkreślając konieczność rozwiązania tego problemu. Zaznacza, że nowe szefostwo Urzędu nie wie jeszcze, w jaki sposób rozwiąże ten problem. Na razie odbył rozmowy z takimi pracownikami. Jedną osobę już zwolnił, ale był to agent Stasi, czyli nieoficjalny współpracownik służb, który zataił swoją przeszłość.
Zgodnie z niemiecką ustawą lustracyjną do pracodawcy należy ocena, w jaki sposób potraktuje pracownika, którego polecił zlustrować i gdy okazało się, że pracował dla Stasi. Może go zwolnić, ale nie musi.
W przyszłym roku ma powstać specjalny raport dotyczący obecności byłych agentów Stasi w Bundestagu wszystkich kadencji od zjednoczenia Niemiec. Wiadomo, że było ich niemało. Czy muszą pracować akurat w Urzędzie ds. akt Stasi? - Dlaczego nie? To przecież instytucja państwa prawa – argumentuje dziennik „Süddeutsche Zeitung".
żar/Rp.pl
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

