- Z bezdomności ich nie wyciągniemy. Z alkoholizmu też nie, nie mamy złudzeń – deklarują bracia kapucyni. I pracują wytrwale, by nie tylko spotkać się z bezdomnymi i pozbawionymi przyszłości, nie tylko opowiedzieć im o Bogu, w którym mogą odnaleźć spokój, ale także, by samemu się nawrócić i zmienić swoje własne życie, własne spojrzenie na drugiego człowieka. I aby sprawić, by choć przez chwilę na bezdomnych ktoś patrzył się nie jak na szczury, a jak na dzieci Boże.
Zaczęło się w Lublinie. Od „Gorących Patroli” rozwożących kanapki i herbatę między jedną a drugą lubelską dziurą. Z czasem do wolontariuszy z kościoła pw. św. Ducha dołączyli zakonnicy z Wyższego Seminarium Braci Mniejszych Kapucynów. Tak narodził się pomysł rekolekcji dla bezdomnych. Najpierw nieśmiało, trochę niepewnie. Właściwie z początku tylko dla kilku osób. Później kapucyni połączyli siły z Siostrami Misjonarkami Miłości z Warszawy. „Kalkutki” (jak się je potocznie nazywa) na czas rekolekcji wynajmują ośrodek w Ojcówku. Kilku braci kapucynów zdecydowało się je poprowadzić. I tak powstał pomysł cyklicznych, kilkudniowych spotkań dla bezdomnych.
Odnaleźć zagubionych
Kandydatów na wyjazd trzeba sobie najpierw... wyszukać. Siostry misjonarki i kapucyni przeszukują więc śmietniki, dworce, parki, klatki schodowe i ulice najbardziej zakazanych dzielnic. Warunek uczestnictwa w rekolekcjach jest prosty – po prostu chcieć. I jeszcze jedno – przez te kilka dni muszą zachować trzeźwość. I tu zaczynają się dla wielu schody. Mimo to, za każdym razem zgłasza się pokaźna, kilku, a nawet kilkunastoosobowa grupa.

Bezdomni - a kapucyni mają tego świadomość - często decydują się na wyjazd, bo wiedzą, że te kilka dni będzie dla nich znakomitym oderwaniem od szarej rzeczywistości, od codziennych problemów. Przez ten krótki czas będzie ktoś, kto zatroszczy się o jedzenie i dach nad głową. Zaznają smaku normalnego życia. Można by zapytać, po co to wszystko, skoro to będzie tylko złudzeniem, chwilową namiastką. Skoro potem znowu wrócą do swoich zapchlonych, brudnych melin, klatek schodowych i nor pod mostami. Skoro znowu zaczną pić, wrócą do nałogów, starych przyzwyczajeń?
Zakonnicy nie mają co do tego wątpliwości. – Nie robimy tego po to, żeby ich wyciągnąć z bezdomności. Ten czas jest po to, żeby oni mogli spotkać Jezusa – podkreślają.
I oni go spotykają. Zaczyna się od spotkania z Chrystusem w drugim człowieku. W siostrach Misjonarkach Miłości, które na samym początku myją ich, opatrują rany, przebierają w czyste ubrania. W wolontariuszach, którzy przygotowują dla nich jedzenie. W braciach kapucynach, którzy zawsze służą im swoim czasem, rozmową, modlitwą. – Chodzi o to, aby być. Dlatego jesteśmy z nimi wszędzie. Dosłownie wszędzie. Jak idą na szluga to idziemy z nimi, jak jedzą to jemy z nimi, zmywamy z nimi, modlimy się, nawet śpimy z nimi, itd. Właściwie nie ma się czasu dla siebie – opowiada br. Łukasz, odpowiedzialny za grupę zaangażowanych w rekolekcje zakonników.
Trudne początki
Najtrudniejsze są właśnie te początki. Kiedy już uda się zebrać grupę chętnych, trzeba zacząć od prostych, podstawowych czynności. Bracia wiedzą, że ewangelizacja czasem zaczyna się od podania kromki chleba albo dania czystej koszuli. Wykąpani, przebrani i nakarmieni bezdomni mogą zacząć następny etap rekolekcji.
Na początku trudno jest przełamać barierę „bracia-bezdomni”. Właściwie, to samoistnie tworzy się jakaś niewidzialna blokada, granica pomiędzy „my” a „oni”. Zawsze. Wydawać by się mogło, że to dwa kompletnie odmienne światy. Brat Szymon, jeden z uczestników rekolekcji, opowiada o tym, jak na początku bardzo się bał. – Pierwsze spotkanie w grupach, w mojej jest pięć osób. Ewangelia w ręku. Ja się modlę, żeby „jakoś to wyszło”. Boję się. Co ja mogę powiedzieć gościom, którzy są ode mnie dużo starsi, piją czasem nawet od kilkudziesięciu lat, na koncie mają jakieś wyroki. Boże, o czym będziemy rozmawiać? – wspomina zakonnik z lubelskiego seminarium.

Pierwsze spotkania w grupach to taki integracyjny czas na przedstawienie się, zapoznanie. – No co tu mówić? Jestem Andrzej, mieszkam na klatkach. Zbieram puszki. Piję denaturat, bo najtańszy – mówi zgarbiony gość z podbitym okiem. Trzęsą mu się ręce. – Jestem Krzysiek. Skończyłem muzykologię. Trochę grałem, jestem basistą. Jeździłem nieco po Europie, do Polski przyjechałem niedawno z czeskim cyrkiem. Piję – przedstawia się następny.
- Mam 25 lat. Mam padaczkę. Chodzę na "klamki", chodzę od domu do domu, żeby dostać coś do jedzenia. Piję, żeby nie myśleć o tym, jakie mam życie. Jak się nachlam to nic nie czuję, nic mnie nie obchodzi. Rano wstanę i szukam, co można się napić. A to jest tak, że jeden kieliszek za dużo, wiaderko za mało. Wiem, że jestem chory, jestem alkoholikiem – przedstawia się Michał, kolejny uczestnik.
Droga do bezdomności często wiedzie po bardzo krętych, pogmatwanych ścieżkach. I wbrew pozorom łatwo na nie wejść, a dużo trudniej wyjść. – Mentalność bezdomnego pozostaje na zawsze – tłumaczy br. Piotr Wardawy. – Nie zrozumiesz tego nigdy, bo nie byłaś bezdomna. Do takiego życia człowiek szybko się przyzwyczaja. Jest jak uzależnienie, pewien sposób bycia. Żeby znowu zamieszkać w normalnych warunkach, trzeba ogromnej woli i chyba jeszcze większej motywacji. To się zwyczajnie w pewnym momencie staje wygodne. Tak jak trwanie w uzależnieniu. Lepiej być uzależnionym niż robić coś, żeby z tego wyjść, bo to jest bolesne – dodaje zakonnik, który w Warszawie zajmuje się jadłodajnią dla bezdomnych. Od kilkunastu lat nieprzerwanie, każdego dnia, wydają okołu 300 posiłków dla ubogich i potrzebujących.
Spotkać żywego Boga
Po spotkaniu z człowiekiem na rekolekcjach nadchodzi czas na spotkanie z Bogiem. W żywym Słowie. Rozważanie Pisma Świętego to nieodłączny element każdych rekolekcji. Zwłaszcza tych dla bezdomnych. Bo tak naprawdę, to co ci zakonnicy mogą im dać oprócz Ewanegelii? Nic więcej. – Nie wyciągniemy ich z bezdomności, nie uzdrowimy z alkoholizmu, nikt – ani my, ani oni nie mają co do tego złudzeń – tłumaczy Szymon. – To, co możemy im dać, to Ewangelia, to Jezus Chrystus – dodaje.

Centralnym punktem każdego dnia podczas rekolekcji jest Eucharystia. Jednak, zanim ona nastąpi, bezdomnych trzeba przygotować do pełnego udziału w niej. Wielu z nich nie spowiadało się po kilkanaście lat. – Ostatni raz u spowiedzi byłem na pogrzebie Mamy, było to jakieś 18 lat temu. Dziś się wyspowiadałem. Wiem, że za dwa dni wracam do kanału i nie wiem, co będzie, ale chcę żyć inaczej – opowiada jeden z uczestników. Bracia mówią, że choćby tylko jedna osoba się wyspowiadała, to warto robić takie rekolekcje. A spowiadają się niemal wszyscy.
Na jednej z konferencji rozważają biblijną przypowieść o Miłosiernym Samarytaninie. Fragment ten mocno do nich przemawia. – Oni doskonale wiedzą, co to znaczy dostać, czasem za nic. Wiedzą, co znaczy leżeć na ulicy we krwi, gdy wokół stoją obojętni ludzie. Mało który ma komplet zębów. Zaczynają mówić o sobie, po co tu są, co mówi im ta Ewangelia – wspomina jeden z zakonników.
A Słowo Boże działa, także w ich życiu. – Nigdy w Boga nie wierzyłem. Nie chodziłem do kościoła – mówi Jacek, stary punkowiec, z głębokimi bliznami na głowie, alkoholik po kilku próbach samobójczych. Teraz się uśmiecha. – Teraz wierzę. Wierzę! - dodaje rozentuzjazmowany. Inny dodaje: „My tego potrzebujemy. Potrzebujemy tych rekolekcji. Tego czasu. Nie ma złudzeń – wódka, Szymon, wódka – przyznaje bratu inny. - Potrzebujemy tych rekolekcji, żeby chociaż trochę wrócić do normalności. Żeby coś zmienić”.
Zobaczyć człowieka
W sobotnie popołudnie korzystają z uroków pogody i miejsca. Ktoś rąbie drzewo na wieczorne ognisko, ktoś inny myje samochód. Przerwa na kawę i papieroska. Bo na rekolekcjach jest przydział – „na głowę pięć fajek dziennie”. Czasem to trochę mało. Rozmawiają, śmieją się. – Jak jakieś wczasy pod gruszą – żartuje Marek. Sami przyznają, że na początku jednym z głównych motywów, dla których tu przyjeżdżali, było jedzenie, ludzkie warunki, czyste ubranie. Chociaż przez kilka dni. Po kilku dniach rekolekcji nie są już tymi samymi ludźmi. I nie chodzi tylko o to, że po higienicznych zabiegach sióstr są ludźmi niemal nie do poznania. Ale są inni tam w środku. Uśmiechają się. Są trzeźwi. Na Mszy Jacek modli się – Proszę Cię, Panie, żeby ludzie nie patrzyli na nas jak na szczury...
A to akurat przez te kilka dni kapucyni mogą im zapewnić. Obok Ewangelii, obok Chrystusa, to jedyna rzecz, jaką mogą im dać. Br. Szymon kończy: – Chociaż na chwilę możemy stworzyć im warunki, w których znów poczują, że są ludźmi a nie szczurami, brudasami, menelami, złodziejami itd. Sprawić, że chociaż przez kilka dni będą mieli pełne brzuchy, deszcz nie będzie im kapał na głowę, nie będą musieli bać się, że ktoś ich poszczuje psami...
Marta Brzezińska

