„Rzeczpospolita” w tekście „Wściekli na Macierewicza” napisała, że jest pan w antymacierewiczowskim ruchu oporu w PiS?
Tekst w „Rzeczpospolitej” ma o tyle wymiar dalece nierzetelny, że jestem członkiem prezydium parlamentarnego zespołu ds. wyjaśnienia przyczyn katastrofy smoleńskiej, którym kieruje Antoni Macierewicz więc trudno, żebym był jednym z liderów buntu przeciwko sobie samemu. Uważam, że prace tego zespołu i to, co się dzieje wokół niego pokazuje siłę bezsilnych. Jak - mimo walki obozu władzy ze społecznym ruchem - udało się stworzyć narzędzia, które mamy jako ci bezsilni. Im bliżej jesteśmy prawdy, tym więcej będzie napięć. Apelowałbym do osób, które są wokół Prawa i Sprawiedliwości, żeby nie ulegały pokusom jakiegoś zaistnienia kosztem wewnętrznego podziału, trzeba się zastanowić nad tym co się robi i mówi.
To, czy mógł być zamach w Smoleńsku, czy go nie było - dzieli posłów PiS?
To nie jest kwestia wiary czy niewiary. Zespół parlamentarny dochodzi do prawdy i jesteśmy coraz bliżej, aby opisać to całe wydarzenie. Czy dzisiaj na tym tle jest podział? Chodzi o to, aby opisać jak to wyglądało naprawdę, a nie jak przedstawiła to prokuratura czy komisja Millera. Należy dążyć do prawdy, która jest odkrywana warstwa po warstwie, aż z czasem dojdzie do rdzenia.
Jak długo to potrwa?
Nie mam złudzeń, że bez zmiany władzy w Polsce dojdziemy do sedna prawdy. Historia pokazuje, że bywało tak, że sama władza rozsypywała się pod siłą siły bezsilnych. W tym jest nadzieja.
Rozmawiał Jarosław Wróblewski
