Kilkanaście dni temu Magdalena Środa napisała – na łamach „Gazety Wyborczej” list do Joanny Szczepkowskiej. Aktorka niezwykle spokojnie jej odpowiedziała, ale list nie ukazał się w „Gazecie”. Kilkanaście dni później aktorka opublikowała go więc w „Rzeczpospolitej”.

List zaczyna się od dość oczywistej refleksji, że Kościół musi zajmować się gender. „Mam nadzieję, że zgodzisz się ze mną: gender nie kieruje się porządkiem chrześcijańskim. Nie ma więc niczego dziwnego w tym, że Kościół chrześcijański walczy z przejawami innego porządku. Jeśli wyobrazimy sobie szatana jako owłosionego diabła, to oczywiście porównanie go do gender jest śmieszne. Jeśli jednak będziemy rozumieć go jako pierwiastek inny niż boski, to nie ma nic dziwnego w tym, że Kościół walczy z nim zaciekle” - podkreśla Szczepkowska.

A dalej pokazuje, jak bliska jest ideologia gender komunizmowi. „Piszesz: „Przeżyłaś okres komunizmu, więc zapewne wiesz, czym jest ideologia". Tak, droga Magdaleno. Trafiłaś w sedno. Przeżyłam okres komunizmu i całkiem niedawno dobrze mi się przypomniał. W latach 70., kiedy powstawał Komitet Obrony Robotników, zaprzyjaźniłam się z aktorką Haliną Mikołajską i dołączyłam do sympatyków KOR. Niedługo potem zostałam wezwana do gabinetu dyrektora, gdzie siedział też przewodniczący komórki partyjnej PZPR. Powiedział, że wraca z zebrania, gdzie przekazano mu zaniepokojenie młodą aktorką. Znalazła się w towarzystwie wichrzycieli, a jej poglądy mogą być zgubne dla niej i dla teatru. Pokazano mi partyjny list w tej sprawie. Kilkadziesiąt lat potem w wolnym już kraju, kiedy z nadspodziewaną siłą wybuchła sprawa „homolobby", zostałam poproszona do gabinetu dyrektora teatru, w którym pracuję. W gabinecie siedziały osoby z dyrekcji i konsultantka artystyczna. Ta ostatnia wróciła właśnie ze spotkania, z - jak to określiła - „dziewczynami". „Dziewczyny" są zaniepokojone tym, co napisałam. „Dziewczyny" to Ty, Magdaleno, Kazimiera Szczuka. Magda Żakowska i wiele innych. Rzecz w tym, że żadna z nich nie pracuje w instytucji kultury, gdzie zostałam wezwana na dywanik. Tak więc w wolnej Polsce musiałam wyjść z domu i wysłuchać reprymendy dyrekcji z powodu zaniepokojenia, jakie wybuchło w kołach niezwiązanych z moją pracą. Rezultatem tego był oficjalny list dyrekcji odżegnujący się od mojej wypowiedzi. Na list odpowiedziałam również oficjalnie. W obu wypadkach i w obu gabinetach powiedziałam to samo. Nie należę do partii” - podkreśla Szczepkowska.

TPT/Rp.pl