Mój tekst z dzisiejszej „Rzeczpospolitej” wywołał oczywiście wściekły atak Jacka Żakowskiego. A wszystko dlatego, że stwierdziłem w nim, iż atak na Krystynę Pawłowicz (ale także na Jarosława Gowina czy innych mniej lub bardziej konsekwentnych konserwatystów i katolików) ma na celu zakneblowanie naszej strony, zestygmatyzowanie jej jako antysemickiej (bo przecież homo i transfobia są nowym antysemityzmem) i faszystowskiej. Celem jest zaś wykluczenie konserwatystów z debaty i zastąpienie ich „naszymi konserwatystami”. „Medialnym postępowcom chodzi o to, by z debaty jako „niedialogicznych", antysemickich, homo- i transfobicznych wykluczyć wszystkich broniących moralnego status quo, a w ich miejsce wprowadzić „swoich konserwatystów", czyli polityków, publicystów czy liderów opinii, którzy z grubsza akceptują liberalny paradygmat myślenia, a jedyne, czego chcą, to spowolnienie pewnych procesów. Ich konserwatyzm polegać więc będzie – w dużym uproszczeniu – na tym, że będą oni za projektem Dunina, ale przeciw homomałżeństwom, a gdy debata zacznie się o tych ostatnich (a że zacznie, nie ma wątpliwości), to deklarować będą sprzeciw wobec adopcji. Takie ustawienie dyskursu bardzo uprości przekonywanie opinii publicznej do pomysłów obyczajowej lewicy, wszystkim bowiem zwolennikom normalności zamknie się usta” - napisałem.
A Jacek Żakowski odpowiedział na to z właściwym sobie miłosierdziem. „To ciekawy tekst, prezentujący bardzo ciekawą moralność, w której beztroskie zadawanie innym cierpienia jest moralne, a krytykowanie okrucieństwa jest niemoralne - ocenił publicysta. - To taka dziwna moralność z pewnością z czasów poprzedzających Nowy Testament. Taka dziwna moralność, w której można pod szyldem konserwatyzmu uprawiać zwykłe prostactwo, agresję, nieludzko odnosić się do innych i ich poglądów. Nie miłować bliźniego swego, tylko kopać bliźniego swego ile wlezie. Bardzo ciekawy tekst, który pokazuje pułapkę, w której znaleźli się polscy tradycjonaliści próbujący udawać konserwatystów z miernym skutkiem” - mówił Żakowski w TOK FM.
Wszystkie te ostre terminy określają zwyczajne mówienie prawdy. O robieniu kariery politycznej na transseksualizmie, o jałowości związków osób tej samej płci, o tym, że homoseksualizm nie jest normą, i to nawet biologiczną itd. Wszystkie te rzeczy, a nawet jakakolwiek ocena moralna ma być już dowodem nienawiści. Tyle tylko, że gdyby rzeczywiście tak było, to nie Bóg kochałby ludzi, a szatan. To on bowiem przekonuje nas, że wszystko wolno, że każdy wybór jest OK, a dobre jest to, co przynosi nam zadowolenie. Bóg zaś nie tylko wprowadza przykazania, ale też przypomina, że ich przestrzeganie jest dla nas dobre, a łamanie jest obrażaniem Go i może doprowadzić do piekła. Dla Żakowskiego takie postawienie sprawy jest nienawiścią, ale to niestety pokazuje, komu – wierzę, że nieświadomie – swoją publicystyką służy.
Pomijając jednak kwestie religijne trudno nie dostrzec, że pomysł na debatę publiczną, jaki przedstawia Żakowski oznacza w istocie koniec dyskursu moralnego. Zamiana znaczeń słów, zakaz oceniania z perspektywy innej niż służba postępowi, to koniec moralności czy etyki. I o to, tu już mam poczucie, że absolutnie świadomie, chodzi Jackowi Żakowskiemu.
Tomasz P. Terlikowski
