Kim byli Dee i Kelley? Trudno to jednoznacznie określić. Dziś byśmy powiedzieli, że naukowcami, którzy obok wybitnych osiągnięć w swoim fachu doskonale opanowali sztukę PR-u i nauczyli się wyciągać od sponsorów wysokie granty. Nie ma w tym niczego nagannego, przed wiekami tak samo jak dziś badania naukowe pochłaniają ogromne sumy. Bez pieniędzy o odkryciach nie ma co marzyć, na nic się zda wybitny umysł kiedy nie jest regularnie podkarmiany żywą gotówką. Tylko ci, którzy o tę „strawę duchową” potrafią zadbać dostają szansę na osiągnięcie sukcesu. Obaj nasi bohaterowie potrafili.
John Dee urodził się 13 lipca 1527 roku w Londynie. Był synem kupca, stąd być może wziął się jego iście kupiecki węch do wyszukiwania bogatych mecenasów (dziś byśmy powiedzieli „sponsorów) gotowych wyłożyć spore sumki na badania. Można nawet uznać, że poszedł w ślady ojca, handlował tylko nieco innym towarem – sprzedawał marzenia o bogactwie, potędze i nieśmiertelności.
Jako młody chłopak został posłany do katolickiej szkoły w Chelmsford, gdzie wprawił wszystkich w zdumienie swoimi – jak się wówczas wydawało – nieprzystającymi do kupieckiego stanu zainteresowaniami. Pasjonował się sztukami wyzwolonymi, zwłaszcza geometrią, arytmetyką, astronomią, ciągnęło go również w stronę astrologii i okultyzmu, które w owych czasach były traktowane jak wszystkie inne dziedziny nauki. Dee był człowiekiem ponadprzeciętnie uzdolnionym, ukończył Kolegium św. Jana uniwersytetu Cambridge i został profesorem matematyki na tym przesławnym uniwersytecie. Rzucił jednak tę posadę i zajął się studiowaniem magii. Szybko zauważyła go królowa Elżbieta I, która uczyniła go nadwornym astrologiem i radziła się go w sprawach zarówno błahych jaki i wagi najwyższej, to z nim ustaliła datę koronacji, z nim konsultowała każdą niemal decyzję. Wpływy Johna Dee na królewskim dworze były tak wielkie, że zaczęto o nim mówić (nie bez złośliwości) „Merlin królowej”.
Pod koniec XVI wieku John Dee wyruszył w podróż po Europie. Zrobił to, prawdopodobnie, na wyraźne polecenie królowej Elżbiety, która chciała mieć zaufanego szpiega na dworach „konkurencyjnych” władców. Mag i astrolog, który twierdził, że potrafi porozumiewać się z zaświatami, a do tego alchemik pracujący nad transmutacją mniej szlachetnych metali w złoto był idealnym kandydatem do tej roli. Żądza bogactwa skutecznie przysłaniała wzrok monarchów, którzy ani przez moment nie podejrzewali maga o praktykowanie kreciej roboty na rzecz angielskiej królowej. Podczas tej podróży spotkał Edwarda Kelleya, także astrologa, spirytystę, maga i alchemika, a przy tym człowieka pozbawionego jakichkolwiek norm etycznych, oszusta i wydrwigrosza. Jak do tego doszło, że dwóch tak różnych ludzi związało się ze sobą i podjęło współpracę? Mężczyźni znali się już wcześniej, poznali się w 1582 roku, kiedy królewski astrolog czynił nieudane próby kontaktu z aniołami. Kelley pokazał mu swoje osiągnięcia w tej dziedzinie co pozwoliło mu okręcić sobie Johna Dee wokół przysłowiowego palca. Jakim cudem poważny naukowiec dał się „wkręcić” szarlatanowi? Dziś już raczej się tego nie dowiemy, historyczne przekazy skąpią informacji o motywacjach i wewnętrznych rozterkach ludzi żyjących w dawnych wiekach. Obaj magowie przebywali przez jakiś czas na dworze Stefana Batorego, po czym razem wyruszyli do Pragi. Polski władca nie był zainteresowany nawiązywaniem kontaktu z zaświatami, jemu zależało na napełnieniu skarbca. Co prawda Kelley twierdził, że posiada kamień filozoficzny, dzięki któremu jest w stanie dokonywać transmutacji, jednak nie potrafił tego udowodnić. Dee zaś, jako człowiek uczciwy, przyznawał wprost, że dopiero pracuje nad jego pozyskaniem. Król stracił zainteresowanie, wobec czego obaj wraz z rodzinami wyruszyli do Pragi.
Cesarz Rudolf przyjął ich z otwartymi ramionami, jednak podobnie jak króla Polski interesowało go wyłącznie napełnienie sakwy złotem pozyskanym za pomocą kamienia filozoficznego. Od kontaktów z zaświatami miał wielu specjalistów, kolejni nie byli mu potrzebni. Kiedy zorientował się, że magowie nie są w stanie spełnić jego życzenia przestał zwracać na nich uwagę. Udało im się jednak znaleźć mecenasa, bogatego Czecha Wilema Rožemberka z Trzebonia, zafascynowanego naukami tajemnymi, spirytyzmem i magią, który nie szczędził grosza na ich badania. Dee przykładał się do nich rzetelnie, Kelley jednak rozzuchwalił się i próbował naciągać coraz to nowych bogaczy. W tym celu wymyślił słynny „język enochiański”, który miał być używany w zaświatach i za pomocą którego kontaktował się z aniołami. Przypisywano mu także sfabrykowanie słynnego „Manuskryptu Voynicha”, dziś jednak wiadomo, że księga ta jest starsza o co najmniej półtorej wieku.
Pewnego dnia przyszedł do swojego towarzysza i oświadczył mu, że miał wizję, podczas której anioły wyjawiły mu, że mają ze sobą dzielić wszystko, łącznie z żonami. Dee wściekł się, jednak przystał na to ciągle wierząc, że Kelley faktycznie potrafi kontaktować się z bytami nadprzyrodzonymi. Po tym incydencie szybko jednak zerwał współpracę i wrócił wraz z rodziną do Anglii. Królowa Elżbieta w uznaniu jego zasług nadała mu uczelnię w Manchesterze. Przez jakiś czas współpracował z włoskim matematykiem Girolamo Conrado prowadząc badania nad perpetuum mobile. Po śmierci królowej stracił przywileje i został wydalony z dworu. By utrzymać rodzinę powoli wyprzedawał majątek. Zmarł najprawdopodobniej w nędzy około roku 1608.
Kelley został w Czechach i rozwinął skrzydła. Przekonał też wielu wpływowych ludzi – w tym samego cesarza Rudolfa – że potrafi produkować złoto. Przez jakiś czas żył dostatnio, otrzymując spore sumy na badania od swoich protektorów. Szybko jednak zniecierpliwiony Rudolf, nie mogąc się doczekać efektów pracy maga, kazał go osadzić w zamku Hnevin. Legenda głosi, że alchemik próbował ucieczki, niestety miał za krótką linę i spadł z dużej wysokości, przez co zmarł z powodu odniesionych ran w wieku czterdziestu dwóch lat.
Szesnasty wiek, jak widać na przykładzie Edwarda Kelleya i Johna Dee, to były czasy pełne sprzeczności. Obok szarlatanów, którzy za pomocą efektownych sztuczek wyciągali pieniądze od naiwnych bogaczy trafiali się – jakbyśmy ich dziś nazwali – uczciwi naukowcy traktujący swoje badania nader poważnie. Może to wydać się nam, ludziom współczesnym, absurdem, jednak pamiętać musimy, ze alchemia, spirytyzm czy magia były w tamtych czasach traktowane na równi z naukami „poważnymi”, takimi jak matematyka, filozofia czy teologia. Zwrócić też trzeba uwagę, że gdyby nie alchemia nie byłoby współczesnej chemii, fizyki czy farmakologii, bez których świat dzisiejszy nie jest w stanie funkcjonować...

