Na temat kondycji systemu ochrony zdrowia w naszym kraju można by napisać powieść – rzekę i nie wyczerpać tematu. Debilne przepisy, chore struktury, przerost administracji, brak pieniędzy – to wszystko korupcje ułatwia, ale nie jest jej przyczyną. Ta leży w mentalności ludzi uważających, że lekarzowi „się należy”, bo przecież nie będzie ich leczył za darmo. Problem w tym, że „darmowa opieka medyczna” to mit, bo za każdą wizytę u lekarza zapłaciliśmy i to często wielokrotnie więcej, niż ta usługa jest warta. Gdybyśmy zamiast płacić comiesięczne składki na NFZ odkładali te pieniądze do przysłowiowej skarpety to w razie choroby byłoby nas stać na najbardziej luksusową klinikę w dowolnym zakątku świata. Nie wszystkich oczywiście, leczenie niektórych chorób pożera krocie i właśnie dlatego ubezpieczenia medyczne są potrzebne.
Problem zatem nie w tym, czy się ubezpieczać, ale jak to robić? Czy lepiej w scentralizowanym molochu czy może powinniśmy zaufać wolnemu rynkowi? Czy usługa powinna być płatna przed czy po wykonaniu? Dziś wygląda to tak, że nie mamy wyboru a ilościowe kontraktowanie usług przez NFZ sprawia, że na wizytę u specjalisty trzeba niejednokrotnie czekać wiele miesięcy. Nic dziwnego, że dotknięci ciężkimi chorobami ludzie decydują się leczyć prywatnie, co czasem jest dość specyficznie rozumiane, inaczej przez pacjentów a inaczej przez wymiar sprawiedliwości. I tutaj jestem się w stanie zgodzić z panią rzecznik, jednak próba usprawiedliwienia skorumpowanych lekarzy chorym systemem zakrawa co najmniej na kpinę. Spodziewać by się można, że po tych słowach objawi się jakiś rzecznik odpowiedzialności zawodowej włamywaczy czy kieszonkowców, w końcu przestępcy też mają prawo do równego traktowania...
Alexander Degrejt
