Od sześciu do dziewięciu osób zabitych, zniszczonych kilka myśliwców i rosnące napięcie w stosunkach Stany Zjednoczone - Rosja. To rezultat amerykańskiego ataku na jedną z baz wojskowych w prowincji Homs w Syrii. Wczoraj rano spadło tam 59 pocisków Tomahawk. Miał to być odwet za rzekome użycie przez wojska Baszara al-Asada broni chemicznej we wtorkowym nalocie na miasto Khan Shejkhun. Zginęło tam 86 osób, w tym dzieci.

Według różnych źródeł, w amerykańskim nalocie zginęło od sześciu do dziewięciu osób. Skala zniszczeń nie jest znana. Rosjanie, którzy wspierają syryjskiego prezydenta mówią o niewielkich stratach, ale syryjska armia przekonuje, że zniszczenia są ogromne. Libańska telewizja Al-Mayadeen twierdzi z kolei, że wojsku udało się ewakuować większość samolotów z bazy jeszcze przed amerykańskim atakiem. W kilka godzin po ostrzale baza miała wznowić pracę i miały z niej wystartować kolejne syryjskie myśliwce.

Mieszkający na terenach kontrolowanych przez rząd Syryjczycy potępili atak. “Nawet, gdyby uderzono w nas, nie ugniemy się. Nie opuścimy Syrii i będziemy murem stać za naszym przywódcą” - mówi jeden z mieszkańców stolicy. Syryjskie władze określiły nalot jako nieodpowiedzialny akt agresji i zapowiedziały dalszą walkę z terroryzmem.

Z kolei Syryjczycy na emigracji chwalili amerykańskiego prezydenta Donalda Trumpa, a Syryjska Rada Narodowa, jedna z najważniejszych emigracyjnych organizacji opozycyjnych apelowała o dalsze ataki wymierzone w reżim Baszara al-Asada.

Syryjska wojna domowa trwa od ponad sześciu lat i kosztowała życie ponad 310 tysięcy osób. 11 milionów Syryjczyków opuściło swoje domy. Większość z nich przeniosła się w inne rejony kraju.

Wczorajsze wydarzenia to pierwszy atak Stanów Zjednoczonych bezpośrednio wymierzony w armię prezydenta Baszara al-Asada.

dam/IAR