Papież Sylwester I - święty, którego wczoraj wspominaliśmy - według legendy, miał ochrzcić cesarza Konstantyna. Kilka wieków później Sylwester II utworzył arcybiskupstwo w Gnieźnie, ale nie przeszkodziło to ludziom sądzić, że nie umarł, a został porwany przez diabły. Według innej - równie wątpliwej legendy - Sylwester I miał uwięzić w podziemiach Lateranu Lewiatana. Sylwester II zaś, którego zamiłowania naukowe dla ludu trąciły podejrzana ezoteryką, ów papież czasów ostatecznych, miał go w tysięcznym roku uwolnić.

Cóż za strach padł na ludzi końca X wieku? Można by powiedzieć – ciemnota, średniowieczna noc, w której nie było miejsca na rozum.Tymczasem trudno o inny okres w historii, w którym światło ogrywałoby tak ważną rolę.

Średniowiecze zostało ufundowane na teologii światła. Teologia światła kierowała budowniczymi katedr. Szczególną rangę miała optyka. Nade wszystko jednak, dominowała świadomość o świetle boskiego pochodzenia, które przenika całe stworzenie. U św. Tomasza tym światłem jest istnienie, cząstka Bożego istnienia udzielana wszystkiemu, co jest na świecie.

Trudno także o inny okres w historii, w którym tak szczególną rolę przypisywano by rozumowi. Rozum średniowieczny zdolny był do wielkich rzeczy. Nawet stwierdzenia istnienia Boga.

Skąd więc u ludzi średniowiecza takie przywiązanie do proroctw apokaliptycznych – czyż nie przeczy ono racjonalności? Skąd smok uwolniony z watykańskich lochów?

Zgodnie ze standardową interpretacją, świadomość szybkiego nadejścia czasów opisywanych w Janowej Apokalipsie była charakterystyczna dla pierwotnego chrześcijaństwa. Wtedy miało być ono podatne na przepowiednie apokaliptyczne pochodzące z kręgów judaistycznych i helleńskich. W tym na tradycje sybillińską.

Pierwsze zwątpienie miało pojawić się w szkole aleksandryjskiej, kiedy Orygenes podał w wątpliwość apokalipsę dokonującą się w czasie i przestrzeni. Skłonny był on raczej dopatrywać się w Objawieniu Janowym historii indywidualnej duszy ludzkiej.

Kiedy zaś Kościół utrwalił się w tym świecie i po Edykcie Konstantyna znalazł się w kręgu władzy, to – według chociażby Normana Cohna – odszedł od dosłownej interpretacji Apokalipsy na rzecz interpretacji św. Augustyna. Ta zbliżona była do Orygenesowej. Apokalipsa stawała się więc alegorią. Prosty lud miał wszelako przechować ową tradycje przepowiedni czasów ostatecznych i wydobywać na powierzchnię zwłaszcza w czasach niepewnych.

Ale Kościół nigdy jednak nie odszedł od nauki o nadejściu czasów ostatecznych, kiedy ma nastąpić kres świata takiego, jaki znamy. Poniekąd jest to myśl bardzo światła i oświecona. Bliska powinna być ona elitom, które zdają sobie sprawę z kruchości i przemijalności wszystkiego, co nas otacza. Kres kiedyś nadejdzie.

Fenomenologowie napiszą o istnieniu, które znajduje się na czubku noża; o chwili, która znajduje się pomiędzy już nieistniejącą przeszłością, a jeszcze nieistniejąca przyszłością. O istnieniu, które samo w sobie nie może znaleźć racji do tego, by istniało. Tomiści powiedzą o podtrzymywaniu w istnieniu bytów przygodnych, czyli takich, które wcale nie muszą być.

Nam na razie pozostaje nadzieja, że przywitamy Nowy Rok. Że potwór nie uwolni się z podziemi, a na ulice wyjdą ludzie. Powiemy: jeszcze jest! Będą fajerwerki. Dokładnie jak w średniowieczu.

Mateusz Matyszkowicz

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »