Chodzi oczywiście o wiktorię wiedeńską, o złojenie Turkom skóry przez Jana III Sobieskiego. Gdyby nie ono, Europa mogłaby wyglądać zupełnie inaczej. I jest naszą zasługą, że tak nie wygląda. Ciekawe, że my Polacy – tak czasem ospali – wkraczamy do akcji zawsze w najbardziej dramatycznych, decydujących momentach.
Ale dzisiejsze wspomnienie uświadamia nam jeszcze jedno. Otóż polskie zwycięstwa, jeśli do nich dochodzi, zawsze odnoszone są w Imię Maryi, za Jej wstawiennictwem, a nie naszymi siłami. Polska za Sobieskiego nie była już potęgą, a jednak zwyciężyła, bo król zawierzył nas Matce, a kapucyni wspierali go modlitwą. I obroniliśmy Europe. Podobnie było kilka wieków później, gdy zatrzymując sowietów, znowu za wstawiennictwem Matki Pana obroniliśmy Zachód przed komunizmem.
Oba te wydarzenia jasno przypominają nam zaś, że nasza siła nie jest w nas, nie jest w naszej osobistej sile czy mocy, nie jest w naszym państwie, ale w zawierzeniu Maryi, naszej Matce. Jeśli chcemy powtarzać takie sukcesy, jeśli chcemy nadal bronić chrześcijaństwa i Europy (obecnie przed nią samą) musimy ponownie powierzyć się Najświętszej Maryi Pannie. To Ona jest bowiem naszą siłą i naszym zwycięstwem. Ona prowadzi nas do Syna.

