Narastający konflikt  między Grzegorzem Schetyną, a Donaldem Tuskiem mógłby pomóc prezydentowi Komorowskiemu „wybić się na niepodległość” i stać się podmiotem polskiej polityki, a nie tylko jej dekoracją.  Mógłby, ale zapewne tego nie zrobi, bo prezydentowi się nie chce.

Pod koniec lata, gdy Bronisław Komorowski wybierał na swój nowy dom – Belweder – wydawało się, że decyzja ta będzie miała także wymiar symboliczny. Pałac prezydencki na Krakowskim Przedmieściu został zaklęty złośliwymi słowami Donalda Tuska redukującym prezydenturę do świata żyrandoli. Wybór Belwederu mógł jawić się jako bardzo mocny symbol ucieczki od losu, który dla Bronisława Komorowskiego przygotował premier i lider PO –  niepodmiotowego obserwatora polityki, kosztownego kredensu będącego ozdobą salonu, ale mającego zerowy wpływ na rozgrywające się w nim wydarzenia. Belweder był ostatecznie domem dwóch polityków mających skłonność do brania  rządów pod but i niewielkiego szacunku dla systemu parlamentarnego: Józefa Piłsudskiego i jego karykatury, czyli Lecha Wałęsy. Dziś symbol ten jest martwy – Komorowski póki co wybrał żyrandol. Ale nie sądzę, by robił to ze strachu przez Tuskiem czy z politycznej kalkulacji. Tak mu po prostu najwygodniej.

Gdy kilka miesięcy temu kończyłem biografię urzędującego prezydenta wydawało się, że może być całkiem inaczej. Komorowski po wyborze wykonał kilka ruchów ewidentnie wbrew Tuskowi. Nominował, ku niezadowoleniu premiera, do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji Jana Dworaka i Krzysztofa Lufta. Wszedł w taktyczny sojusz z Grzegorzem Schetyną (w przeszłości nie zawsze było między nimi różowo), silnym politykiem, ale zagrożonym eliminacją przez Tuska. Wydawało się, ze obydwaj mogą próbować tworzyć realną konkurencję dla lidera PO, silny nurt mający wpływy wewnątrz Platformy. W takiej sytuacji konflikt między pałacem prezydenckim a kancelarią premiera byłby nieunikniony, ale Komorowski – znajdujący się przez lata w PO w cieniu szefa, mógłby wreszcie stać się realnym kreatorem polskiej polityki. Co więcej, w sytuacji, gdyby poparcie dla rządu zaczęło szybko spadać, wspierana przez niego formacja rozłamowców w PO, mogłaby stanowić obok Grzegorza Napieralskiego i Jarosława Kaczyńskiego dodatkową poważną alternatywę wobec Platformy Donalda Tuska.

Jesienią ta perspektywa się oddaliła. Po pierwsze Schetyna i Tusk, jak wiele razy bywało wcześniej, zawiesili broń. Po drugie Komorowski nie zdradził przejawów podjęcia walki z Tuskiem o swoją własną podmiotowość. Za kapitulację prezydenta postrzegano często przyjęcie do pałacu prezydenckiego Sławomira Nowaka, ale równie dobrze można to uznać po prostu za roztoczenie opieki nad „porzuconym” przez Tuska Nowakiem.

Obecnego Komorowskiego postrzega się często jako polityka uległego wobec Tuska. Nie  wydaje mi się, to dobrym wytłumaczeniem wycofania prezydenta. Komorowski jest niezależny w swoich decyzjach, co nie zmienia faktu, że niechętnie je podejmuje. A w dodatku gdy już je podejmuje narażają go na śmieszność (jak postawa za, a nawet przeciw w sprawie „małej” reformy emerytalnej) albo na miażdżącą krytykę (jak niekonsultowane z doradcami zaproszenie Wojciecha Jaruzelskiego do pałacu prezydenckiego). Mam wrażenie, że Bronisław Komorowski nie wybrał aktywnej prezydentury, bo po prostu mu się od początku nie chciało takiej pełnić. Może o tym świadczyć dobór doradców - za symbol niech posłuży fakt, że schorowany dziś Tadeusz Mazowiecki zajmuje ten sam gabinet, który za Lecha Kaczyńskiego zajmował jego doradca… Jan Olszewski. To po prostu miejsce, gdzie zasłużeni ludzie ze „swojego środowiska” mogą udać się na luksusową emeryturę. W gronie prezydenckich doradców jest kilku współpracowników, którzy wiedzą i inteligencja budzą szacunek, jak choćby przenikliwy profesor Witold Kulesza, twórca reformy samorządowej. Ale patrząc po działaniach prezydenta nie wydaje się, by głos tych ludzi w pałacu był szczególnie istotny, bo i do czego ma się przydać?

Moim zdaniem wbrew temu co się powszechnie przyjmuje, Lech Kaczyński i najlepszy z jego współpracowników Władysław Stasiak, mieli świadomość ograniczeń prezydentury. Czyli tego, ze od rządzenia jest rząd. Kaczyński i Stasiak podejmowali - każdy z osobna - próbę spożytkowania infrastruktury wielkiej instytucji jaką jest pałac prezydencki na działalność w stylu think tankowym. Dobrym przykładem były seminaria lucieńskie, w których brali udział czołowi polscy intelektualiści czy liczne konferencje organizowane przez Stasiaka. Pół roku temu w rozmowie ze mną jeden z bliskich współpracowników prezydenta zapowiadał kontynuację tego pomysłu. W ten sposób pałac prezydencki mógłby mieć istotną rolę w kształtowaniu polityki, ale już nie jako gracz na scenie politycznej, a jako kreator pomysłów, źródło analiz, miejsce gdzie odbywają się burze mózgów. Ja przynajmniej nie widziałem przez kolejne pół roku żadnych realnych realizacji tych zapowiedzi.

W pałacu brakuje całościowej koncepcji, energii, pomysłu. Bronisław Komorowski dziś zachowuje się tak jakby chciał doturlać się do końca prezydentury albo nawet następnej kadencji. Ale trzeba pamiętać o jednym. Krytycy, także ci z PO, w przypadku Komorowskiego popełniają często błąd niedoceniania go. Głównie za sprawą gaf, wpadek, infantylnie pedagogicznego tonu druha zwracającego się do młodzieży. Ale to polityk, który ma dwie inne cechy - ogromną cierpliwość i żelazne nerwy. Pewnego dnia może zaskoczyć wszystkich, przede wszystkim Donalda Tuska. Tylko czy w ogóle będzie mu się chciało? Można wątpić.

Wiktor Świetlik

Autor jest dyrektorem Centrum Monitoringu Wolności Prasy, publicystą, autorem książki „Bronisław Komorowski”.

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »