Ponoć wszystkiemu winien kryzys, który złapał za gardło eurozonę, dusi i puścić nie chce. To przez niego urzędasy wyciągają swoje chciwe łapska po pieniądze uczciwie zapracowane przez ludzi dzięki ciężkiej pracy, talentowi, czy też po prostu dzięki szczęściu. Kiedyś Urban powiedział, że rząd wyżywi się sam, dziś już to takie oczywiste nie jest. Zrakowaciała, urzędnicza tkanka rozrosła się do tego stopnia, że już dawno jej potrzeby przerosły możliwości organizmu żywiciela. Oczywiście o samoistnej remisji nawet myśleć nie ma po co, zwłaszcza, że wspomniany żywiciel uważa swojego mordercę za dobroczyńcę i wręcz namiastkę anioła z niebios niosącego zapowiedź raju. Maskowanie doskonałe.

 

Ale tak naprawdę kryzys to tylko skutek, przyczyna leży znacznie głębiej. Problemów by nie było (albo raczej miałyby znacznie mniejszą skalę) gdyby nie szalony pęd do ciągłego i niczym nie uzasadnionego wzrostu gospodarczego, do kumulowania zysków ponad miarę i rozsądek. Może to być osiągnięte tylko i wyłącznie dzięki stale rosnącej konsumpcji, która będzie stymulować wzrost produkcji. Konsumpcji szalonej i całkowicie pozbawionej sensu. Współczesny człowiek został zredukowany do roli konsumenta i producenta z całkowitym pominięciem wszystkich innych aspektów a wszystko to napędzane jest przez pozbawiony jakichkolwiek zasad marketing i chorą propagandę. Dziś nie wyrzuca się rzeczy dlatego, że są stare i zniszczone, one trafiają na śmietnik tylko dlatego, że pojawiły się ich nowsze wersje, że zmieniła się moda. Zastanówmy się, czy my naprawdę potrzebujemy na biurku superkomputera z czterordzeniowym procesorem do wysyłania maili i przeglądania sieci? Czy najnowszy model komórki z milionem nigdy nie wykorzystywanych bajerów jest nam niezbędny do osiągnięcia szczęścia? Czy bez pięćdziesięciocalowego telewizora nie osiągniemy spełnienia?

 

Kiedyś, wcale nie tak dawno temu, zepsute rzeczy się naprawiało. Dziś nawet się nie sprawdza czy można tylko wywala na śmietnik i kupuje nowe, lepsze. Tutaj właśnie pogrzebany jest przysłowiowy pies – my już nie chcemy niczego naprawiać. I dotyczy to nie tylko rzeczy materialnych, ale dosłownie wszystkiego co nas otacza. Wychodzimy z założenia, że coś co nie działa tak jak sobie wymarzyliśmy nadaje się tylko na śmietnik i nie warto sobie zawracać tym głowy. Moi rodzice przeżyli ze sobą czterdzieści lat i jeszcze długi czas przed nimi. Ale oni zostali wychowani w przeświadczeniu, że jak się coś psuje to trzeba to naprawić. Buty, telewizor, dom, związek – bez znaczenia. Dziś młodzi ludzie rozwodzą się po kilku latach małżeństwa bo w ich związku coś zaczęło się psuć. Chore. To samo dotyczy gospodarki – zaczęła się psuć, więc trzeba ją zastąpić czymś nowym, jakimś innym systemem, jeszcze bardziej skomplikowanym i jeszcze gorzej działającym. Już nikt nawet nie próbuje pomyśleć, że najlepsze rozwiązania to proste rozwiązania. I coraz bardziej komplikujemy świat, który ma coraz więcej miejsc, w których coś może trafić szlag. W końcu doprowadzimy do sytuacji kiedy działać przestanie całkowicie wszystko i trzeba będzie zaczynać od początku. Pod warunkiem oczywiście, że jeszcze zostanie ktoś, kto zacząć będzie mógł...

 

Alexander Degrejt