Moje eksperymentowanie z lekami zaczęło się w wieku 13 lat. Pochodzę z patologicznej rodziny. Mój ojciec bił moja mamę i był pedofilem, więc wyrządził mnie i rodzeństwu ogromną krzywdę. Poszedł potem za to do więzienia, ale jak wrócił zaczął się dla mnie znowu okropny czas i aby o tym wszystkim zapomnieć robiłam wszystko. I tak pewnego razu poszłyśmy z koleżanką z osiedla trochę się „powłóczyć”, była noc i niestety skończyło się to dla nas tragicznie, ponieważ zostałyśmy zgwałcone. Obudziliśmy się koło piwnicy, blisko naszej klatki. Po tym wydarzeniu stwierdziłyśmy, że obydwie popełnimy samobójstwo i w tym celu wzięłyśmy od jej babci tabletki nasercowe. Oprócz tego leżąc na podłodze samookaleczałyśmy się. Jednak ponieważ po pól godziny nic mi się nie stało wyszłam od niej i poszłam do szkoły. I to mnie uratowało od śmierci. W czasie drogi zasłabłam w tramwaju i odwieziono mnie na pogotowie. Jak zobaczono moje pocięte ręce to skierowano mnie do szpitala psychiatrycznego. Oprócz tego w szpitalu okazało się, że moja koleżanka Kasia nie żyje. To był dla mnie straszny szok. Miałam do siebie o to ogromne pretensje i żal. Wtedy wpadłam w pierwszy nałóg samookaleczenia i zaczęłam eksperymentować z lekami, ponieważ wydawało mi się, że skoro pierwszy raz uszło mi to płazem, to widocznie to „eksperymentowanie” jest bezpieczne. Jednocześnie w szpitalu odwiedził mnie mój ojciec, z którym ustaliłam, że będę mówić do niego na „ty”, gdyż słowo „tata” po tym, co mi zrobił, za bardzo mnie bolało. On chyba chciał się „zrekompensować” za to, co uczynił i pierwszy raz poczęstował mnie amfetaminą. W ten sposób wpadłam w kolejny nałóg – narkotyki.
Po jakimś czasie trafiłam do ośrodka dla narkomanów w Radomiu, ale ponieważ panowały tam żelazne zasady długo tam nie wytrzymałam i stamtąd uciekłam. W niedługim czasie spotkałam także moją starszą siostrę, która była w ośrodku dla narkomanów w Łagiewnikach po którym „wyszła na ludzi”. To wszystko zbiegło się z czasem, gdy dowiedziałam się o popełnieniu samobójstwa przez mojego ojca – to był dla mnie kolejny cios, gdyż traktowałam go jak kumpla, pomimo tego wszystkiego, co mi zrobił. Postanowiłam dać sobie kolejną szansę i także pojechać na odwyk do sióstr w Łagiewnikach. Jednak tam także czułam się w ogóle niezauważana, a do tego panowały w nim żelazne zasady, do których ciężko było mi się dostosować. Jedynym miejscem, w którym dobrze się czułam była kaplica, gdzie się chowałam, aby się wypłakać. Jednak panujący tam rygor był dla mnie nie do zniesienia i znowu uciekłam. W tym czasie spotkałam mojego brata, z którym wróciłam do ćpania, a na dodatek razem z całą bandą zaczęliśmy okradać niewinnych ludzi. Mój brat ze swoją ekipą atakował osoby, a ja zazwyczaj chowałam się za drzewem i stałam na czatach. W tym wszystkim najgorsze było to, że nie mieliśmy żadnych hamulców, widziałam jak moi znajomi bili napadane, niewinne osoby. To wszystko mogło skończyć się tylko w jeden sposób – zostaliśmy w końcu zatrzymani przez policję i zawiezieni do zakładów poprawczych. Ja trafiłam tam na pięć lat. Miałam wtedy 16 lat. W międzyczasie leczyłam się w zakładzie dla uzależnionych i jeździłam na przepustki. To wszystko spowodowało, że miałam pierwsze momenty refleksji nad swoim życiem. Było mi strasznie głupio… przed Bogiem, że On to wszystko widzi, a ja tak postępuję. W tych momentach płakałam i obiecywałam Mu, że to już ostatni raz, a potem znowu w to samo wpadałam. W zakładzie poprawczym znowu czułam się niezauważana i popadłam z tego powodu w anoreksję. I stamtąd z bardzo niską wagą ok. 40 kg zostałam wysłana do kliniki w Sosnowcu. Tam przez około pół roku leczyłam się na anoreksję, potem zachorowałam na bulimię, a z bulimii wpadłam w narkotyki. Dzisiaj widzę, że cały czas na sobie dokonywałam jakieś destrukcji, cały czas chciałam się zniszczyć, a jednocześnie cały czas Bóg chronił mnie przed tym. Po tym wszystkim już dawno powinnam nie żyć.
W zakładzie poprawczym byłam bardzo trudną wychowanką, całkowicie nie dawali sobie ze mną rady. Pomimo wszystkiego to bardzo ciężko było mi się z nim rozstać, bo tam cały czas ktoś koło mnie był, cały czas ktoś mnie pilnował.
W 21 roku życia już nie mogłam wrócić do zakładu poprawczego i okazało się, że nie mam gdzie iść. Stwierdziłam, że jak trafię na ulicę, to się tam zaćpam na śmierć i wtedy zdecydowałam pójść do ośrodka w Wapienicy. Znowu nie byłam w stanie tam wytrzymać – podcinałam się, aby wywieźli mnie do psychiatryka, a stamtąd uciekałam, aby brać narkotyki. Byłam takim koczownikiem. Nie byłam w stanie osiedlić się w żadnym miejscu. W ośrodku poznałam chłopaka i wtedy zapragnęłam normalnego życia i założenia rodziny. Uciekłam stamtąd z Pawłem, jednak moje marzenia szybko zostały rozwiane, ponieważ znowu zaczęłam ćpać. Po jednej z kłótni z chłopakiem przyjechałam do ośrodka ks. Walusiaka w Bielsku. Powiedziałam, że jestem katoliczką, ale czuję jakby opuścił mnie Bóg i szukam jakiegoś dachu nad głową. Ksiądz pomógł znaleźć mi pacę, codziennie wtedy chodziłam na mszę świętą, jeździłam z księdzem na narty… zobaczyłam całkiem inny świat. To był czad!
Jednak znowu moja natura dawała się we znaki i gdy nadeszła wiosna pojechałam do Krakowa, gdzie spotkałam starych znajomych. Poszłam z nimi na imprezę, wzięłam tam „kwas”… i wtedy urwał mi się film. Obudziłam się leżąc pod oknem cała potrzaskana. Nie mogłam się ruszyć, wszystko mnie bolało, ktoś zadzwonił na pogotowie. Do siebie doszłam w szpitalu, gdzie dowiedziałam się, że nie ma szans, abym kiedykolwiek chodziła, bo spadłam z czwartego piętra, potrzaskałam sobie miednicę i obie nogi, a przy okazji uszkodziłam nerw kręgosłupa tak, że nie mogłam poruszać lewą stopą. Ta diagnoza była dla mnie wyrokiem. Wszyscy się wtedy ode mnie odwrócili, a odwiedzał mnie tam tylko jeden kolega. Leżałam plackiem, ścięta na łyso, z połamanymi nogami i rękami – żyłam jak roślinka. Lekarz ponadto stwierdził, że nigdy nie będę mogła mieć dziecka. Zabolało mnie to jako kobietę, ale jednocześnie stwierdziłam, że i tak nigdy nie planowałam go mieć. Pomimo bolesnych doświadczeń uświadomiłam sobie jednocześnie, że Bóg dał mi kolejną szansę i muszę w końcu zrobić coś ze swoim życiem. Zaczęłam wtedy walczyć jak lwica – sama ćwiczyłam, sama wstawałam, i w końcu wytaraskałam się z łóżka… A lekarz mi napisał w wypisie, ze jestem przedwcześnie spionizowana, stwierdzając, że to jest cud. Rwałam się do chodzenia, przewracałam się, aż w końcu zaczęłam czynić pierwsze kroki o własnych siłach. I poczułam, że znowu żyję! Po jakiś dwóch miesiącach wyszłam ze szpitala. W międzyczasie spotkałam się z kolegą, który odwiedzał mnie jak byłam obłożnie chora. Spędziłam z nim pierwszą i ostatnią noc, podczas której poczęła się moja córeczka. Cały czas chciałam się nawrócić, a jak się coś wydarzyło to znowu „spadałam”.
Kolejnym miejscem mojego pobytu był ośrodek w Czechowicach, gdzie rzeczywiście pierwszy raz zaczęłam nowe życie. Poczułam się tam jak w domu. Chodziłam codziennie do kościoła i dziękowałam Bogu za to, że żyję. I wtedy, po dwóch miesiącach tam spędzonych, dowiedziałam się, że jestem w ciąży. To był dla mnie szok. Zadawałam sobie pytania: „W jaki sposób ja, która nie jestem odpowiedzialna za samą siebie, będę w stanie zająć się dzieckiem?”. Zaczęłam dopiero dojrzewać do macierzyństwa jak poczułam pierwsze ruchy dziecka. Według diagnozy ja w ogóle nie powinnam mieć dzieci, a urodziłam całkiem zdrową małą! I wiem, że w tym był palec Boży, aby pomóc mi zmienić życie i poukładać je. Po urodzeniu Liliany poczułam się mamą, która jest odpowiedzialna za tą małą istotkę. Jak tylko ją zobaczyłam to ugięły mi się nogi. Stwierdziłam, że ja dla niej jestem priorytetem. Bóg dał mi siłę, aby już nie wziąć nigdy narkotyków, bo jestem mamą.
Podczas ciąży codziennie dziękowałam Bogu za małą. Jednak w ósmym miesiącu miałam znaczne powikłania i było zagrożone zdrowie mojej córeczki. Ważyła bardzo mało, była maleńka. I wtedy zaczęłam się gorąco modlić, aby Bóg dał mi zdrowe dziecko, mówiłam: „Jestem w stanie zaopiekować się nawet chorym dzieckiem, ale proszę spraw, aby jednak była zdrowa”. I urodziłam całkiem zdrową córeczkę. I to był niesamowity cud! Po tych wszystkich narkotykach, które wyniszczyły mój organizm i wypadku urodziłam całkiem zdrowe dziecko! Wiem, że to Bóg dał mi ten dar i wysłuchał mojej modlitwy. To jest dla mnie niesamowity dar. Dzisiaj mam ufność w Bogu, ponieważ On cały czas się o mnie troszczy. Stawia wokół mnie ludzie, którzy mnie wspierają. Przez to, że Bóg uczynił tyle cudów w moim życiu i uratował mnie z sytuacji, w których otarłam się o śmierć, a teraz postawił na mojej drodze osoby, które mi pomagają we wszystkich sprawach, wiem, że nie mogę Go zawieźć. Nie mam nic, wszyscy mi mówią, że mam „przerąbane”, ale się nie boję, bo wiem, że Bóg jest ze mną cały czas. Mam jeszcze przed sobą z przeszłości kilka spraw w sądzie, ale jednocześnie w moim sercu jest pokój. Nie boję się już życia. Codziennie modlę się, po prostu rozmawiam z Bogiem, dziękuję mu, że dał mi taki cudowny dar macierzyństwa, że otacza mnie takimi wspaniałymi ludźmi, którzy wciąż mi pomagają, że żyję – każdego dni się tak modlę. Opowiadam mu o każdym wydarzeniu. On mnie słucha, jestem tego pewna. Słowo „ojciec” oznacza bezpieczeństwo. A ja wiem, ze Bóg jest moim najlepszym ojcem, gdyż dzięki Niemu czuję się bezpiecznie. Przez całe moje życie On mnie ratował, a wyjątkowym momentem doświadczenia Jego miłości były narodziny dziecka. Pomimo tych wszystkich trudnych chwil, które przeżyłam widzę, jak bardzo Bóg się o mnie troszczył, jak mnie wyratował i nie pozwolił na moja autodestrukcję, jak obdarował mnie ludźmi i cudem jakim jest moje dziecko. On dał mi nowe życie, bo jest moim Ojcem! I Jemu za to chwała!
Ewelina, 23 lata
Świadectwo wysłuchała i spisała Natalia Podosek
