W wieku 18 lat byłem już tak uzależniony od narkotyków, że nie chodziłem ani do szkoły ani nie byłem w stanie podjąć pracy. Jedyna myśl, która drążyła mój umysł była ta, aby sobie „przygrzać”. Dlaczego wpadłem w takie bagno? W domu nie mówiło się o uczuciach, każdy miał „swoje” życie i „swoje” sprawy. Nie było rozmów, brakowało miłości. I w ten brak autorytetów wślizgnęli się kumple, którzy stali się idolami. Towarzystwo, imprezy, alkohol, narkotyki – była impreza to sobie „przygrzewałem”, a jak sobie „przygrzałem” to nie szedłem do szkoły… W końcu rodzice dali mi ultimatum – albo praca albo wylatuję z domu. I wyleciałem.
Błąkając się po ulicach natrafiłem na starego kumpla, który uprawiał „zioło”. Przygarnął mnie i zaczęliśmy wspólny „biznes”. Okres, który później się rozpoczął mogę określić jako nieustanny melanż – od wieczora do rana, a potem „leczenie” jego skutków, aby wszystko zacząć od początku. Jednak „zioło” przestało mi wystarczać i sięgnąłem po heroinę, zaproponowaną przez kolegę „Anioła”. Wtedy po raz pierwszy w życiu dostałem zapaści narkotycznej i poczułem wyziewy śmierci na swoich plecach. Bóg był dla mnie w tamtym czasie poza wszelką orbitą zainteresowań, a do kościoła chodziłem jako bezpiecznego miejsca, gdzie mogę zażyć „działkę”, więc śmierć równała się dla mnie z definitywnym końcem.
W międzyczasie robiłem karierę w zespole punkrockowym i czując doskwierającą pustkę poszukiwałem w różnych duchowościach – od buddyzmu po okultyzm. To było moje pięć minut „świetności”. Jednak układy „ćpuńskie” zaczęły się kończyć, a ja wylądowałem na ulicy, gdzie w nocy z pobliskich domów dochodziły odgłosy z bijatyk. Na dodatek w tym okresie miałem już tak wyniszczony organizm, że wyglądałem jak kościotrup, wszędzie miałem wszy, niedrożność żył i ropienicę.
Pamiętam, jak obudziłem się pewnego grudniowego poranka w piwnicy, gdzie mieszkałem. To był straszny dzień. Po raz pierwszy śmierć zaglądnęła mi w oczy i powiedziała: „Mam cię!”. Wiedziałem, że jak organizm będzie „łaskawy” to kilka razy „przywalę” i będzie po mnie. Beznadzieja, zawód, strach – to są tylko slogany wobec tego, co przeżyłem, czułem wsysającą próżnię.
I w tym okresie przez „przypadek” spotkałem moją dawna znajomą, która dała mi dach nad głową i jedzenie. Znowu w tym wszystkim wygodnie się rozsiadłem, do momentu jak zaproponowała mi wyjazd na „imprezę”, którą okazały się rekolekcje. Gdy dowiedziałem się prawdy, wpadłem w szał. Jechaliśmy pociągiem i już nie mogłem zawrócić, ale obiecałem sobie, ze rozwalę tę imprezkę „Jezuskom”. Na miejscu pierwszym szokiem dla mnie był widok tłumu uśmiechniętych ludzi, którzy podnoszą ręce i coś „bełkoczą” – dla mnie byli oni dobrze naćpani. Zacząłem ich obserwować, chcąc przyłapać na oszustwie, ale ku mojemu zdziwieniu coraz bardziej musiałem przyznać przed samym sobą, że oni są autentyczni. Nie wiem jak, ale w końcu trafiłem tam do spowiedzi. Trwała godzinę. Nie chciałem się spowiadać, ale opowiedziałem o wszystkim i w końcu musiałem przyznać, że moje życie to jedno wielkie bagno. I ksiądz – ten ze znienawidzonych „klechów” – udzielił mi rozgrzeszenia. Jednak głód narkotyczny zaczął dawać się we znaki. Szybka decyzja – wyjeżdżam. Wspólnota zgodziła się dać mi pieniądze na drogę, ale postawiła ultimatum – zgodzę się na modlitwę nade mną. Cóż miałem do stracenia? Przystałem na warunki. Stwierdziłem, że przecież to „nie zaszkodzi”.
Klęczałem w kaplicy przed Najświętszym Sakramentem i nie pamiętam ile to trwało, bo czas się zatrzymał. Czułem tylko jak przeszywa mnie ciepło, światło i wypala mnie od wewnątrz ogień. Po tym jak wstałem już nie czułem głodu narkotycznego. Jednak nie miałem pojęcia, co się ze mną stało, nawet przeraziłem się, że już jest aż tak źle ze mną, że nie odczuwam nawet braku narkotyków. Z rekolekcji nie wyjechałem, natomiast zabrał mnie z nich ksiądz. W jego mieszkaniu wpadła mi w ręce książka Tardifa o jego posłudze modlitwą o uzdrowienie. Natrafiłem w niej na jeden rozdział o chłopaku chorym na raka, który podczas uzdrowienia miał takie same przeżycia jak ja. Już wiedziałem. Ten Bóg, którego już dawno skreśliłem ze swojego życia, Ten, który był tylko legendarną postacią, co więcej, z którego śmiałem się… kocha mnie. Mocno i bezwarunkowo. I z tej miłości darował mi drugie życie. Płakałem jak dziecko. Potem godzinami słuchałem pieśni z Taize, w których odnajdywałem pokój. To był początek drogi powrotu do Boga, poznawania i doświadczania Jego obecności.
Bóg z uzdrowieniem darował mi jeszcze całe morze darów – mam obecnie cudowną żonę, kochane dzieci, dom i pracę. Dwa razy bym wylądował na bruku, gdyby nie Boża interwencja. Jak miałem stracić mieszkanie, a nie miałem pracy to uspokajałem żonę, że da nam inne za przysłowiową „złotówkę” – i dał. Potem praca sama do mnie przyszła – zadzwonił do mnie jeden z księży z ośrodka dla narkomanów. Po pewnym czasie dostałem kolejne wezwanie i poszedłem za nim. Prowadzę obecnie profilaktyczny program autorski dla młodych osób w różnych szkołach. Wiem jedno – ja głoszę Jego chwałę, zaświadczam o Jego działaniu i realnej obecności, a On troszczy się o resztę!
Andrzej
