"Problemy Pawła Adamowicza z oświadczeniami majątkowymi rozpoczęły się w 2013 roku, gdy CBA skierowało do prokuratury krajowej zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa. Prezydent Gdańska wraz z żoną mieli kupić dwa mieszkania z upustem w wysokości 273 tys. zł. Podobny rabat - w wysokości 170 tys. zł - miała otrzymać teściowa Adamowicza. Za metr kwadratowy mieszkania zapłacili ok. sześć tys. zł. Dzisiaj wart jest on trzy razy tyle. 20 dni po zakupie zmieniony został miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego. Ulice zostały zwężone, a deweloper mógł zbudować jedno piętro więcej. W momencie zakupu bowiem, żadne prace budowlane nie zostały rozpoczęte" - przypomina wp..pl.

Marek Pyza z wSieci pisze: " Chodzi o 549 tysięcy złotych, które – jak przekonują Paweł Adamowicz i jego żona Magdalena – znalazło się na ich kontach. Małżeństwo dopiero po tym, gdy prezydenckie oświadczenia zaczęło badać CBA, przypomniało sobie, że takie pieniądze znajdują się na niektórych z ich 36 (!) rachunków bankowych. W pismach kierowanych do Centralnego Biura Antykorupcyjnego, a także w zeznaniach przed prokuratorem twierdzili, że to gotówka, jaką w ciągu kilku lat dziadkowie prezydentowej przekazali w darowiznach swoim prawnuczkom, a dzieciom Adamowiczów. Problem w tym, że według CBA, Izby Skarbowej, Urzędu Skarbowego, prokuratury i sądu nie było możliwości, aby dziadkowie uzbierali taki majątek. WSZYSTKIE te instytucje nie dały wiary wyjaśnieniom prezydenta i jego żony. Skąd zatem wzięły się pieniądze? Tego już nie badano.". 

Jak ustalili urzędnicy skarbowi, do żadnych darowizn nie dochodziło. W rozmowach ze śledczymi prezydent Gdańska powoływał się na "kumulatywne okoliczności". Nieścisłości miały wynikać m.in. z zagrożonej ciąży jego żony, złego stanu zdrowia ojca oraz katastrofy smoleńskiej. Prezydent miał organizować kilkutygodniową żałobę oraz ceremonie pogrzebowe. Ostatecznie, mimo wprowadzenia w błąd śledczych z prokuratury oraz skarbówki, do sądu trafił wniosek o umorzenie postępowania. 

kol/wp/wSieci