To tylko ironiczny żart, który pojawił się w sieci już chwilę po opublikowaniu przez komitet raportu dotyczącego katastrofy smoleńskiej, ale nie jest on przecież zupełnie od rzeczy - cały ten dokument jest wyraźnie utrzymany w tym duchu.

Obserwując proces ustalania faktów związanych z katastrofą i stanowiska polskiej strony w tej sprawie nie umiem pozbyć się z myśli jednej z "Bajeczek babci Pimpusiowej" Andrzeja Waligórskiego:

"Raz ordynarny niedźwiedź kucnąwszy na łące,

w dość niewybredny sposób podtarł się zającem.

Zając się potem chwalił żonie po obiedzie:

- Wiesz stara, nawiązałem współpracę z niedźwiedziem."

Działania polskiego rządu, a także postawa wielu komentatorów aż nazbyt mocno nasuwa skojarzenie z tym wierszykiem. Poeta napisał te słowa wiele lat temu, ale jako komentarz do polskiej polityki zagranicznej wcale nie tracą na aktualności. W całym dochodzeniu Polska zdaje się właśnie przyjmować rolę zająca.

Martwiące jest to, że nie tylko akceptujemy postawę chłopców do bicia, ale wręcz sprawiamy wrażanie, że nam się to jakoś perwersyjnie podoba. To, że MAK opublikował raport w takim kształcie, jaki możemy go przeczytać, było do przewidzenia. Rosja od samego początku mniej lub bardziej oficjalnie forsuje tezę, w której winę ponoszą albo piloci, albo pogoda, albo cokolwiek innego - jedno co pewne, to fakt, że w żadnym stopniu wina nie leży po stronie rosyjskiej. MAK, choć jest formalnie ciałem niezależnym, de facto jest jest strukturą podległą rosyjskiemu rządowi, nawet przez wzgląd na to, jacy członkowie wchodzą w skład tego komitetu i jaką mają historię kariery. Tym samym nie należało oczekiwać innych efektów. Dzisiejsze zdziwienie, że Rosjanie nie wykazali się empatią, że nie podeszli do sprawy uczciwie to dziecinna naiwność.

Osobiście oczekiwałbym czegoś innego. W tej sytuacji nie chodzi już o nasze spory, o to czy katastrofa smoleńska może być dzisiaj bronią w takiej czy innej batalii politycznej. Niewątpliwie jest tak traktowana i nie ma potrzeby udawać, że jest inaczej. Rzecz jednak w tym, że tu już nie chodzi o to, kto komu ładniej "przyłoży" w mediach, ale o podmiotowość Polski, o to, jak - jako duży europejski kraj - pozwalamy się traktować. I czy na pewno odpowiada nam rola zająca, którego na dodatek niedźwiedź bezczelnie szkaluje.

Po konferencji MAK świat obiegła informacja, że winę za upadek TU-154 ponoszą polscy piloci, a najbardziej odpowiedzialny za katastrofę jest polski generał, który był pijany. I choć nie ma na to dających się zweryfikować naukowo dowodów - co zauważyły od razu przytomnie niektóre polskie media - to wiadomość poszła w obieg, powtarzają ją szeroko zachodnie media. A to jest już jest jednak jakiś dramat. Zachód, który w tematach relacji pomiędzy Rosją i jej sąsiadami nigdy nie bawił się w jakieś głębokie analizy, bezkrytycznie niemal wierząc w głosy z Moskwy (a wcześniej Petersburga), także i tym razem nie szuka jakoś specjalnie opinii drugiej strony, tylko przyjmuje to, co do niego dociera w oficjalnych deklaracjach. Skoro MAK mówi, że było tak, a dziennikarze to powielają i kolportują, to tworzy się przez to w zachodniej opinii publicznej pewne społeczne przekonanie. I być może kiedyś nawet okaże się, że tak jak w radiu Erewań nie samochody, tylko rowery i nie rozdają, tylko kradną i że to nie generał Błasik, tylko któryś z kontrolerów był pijany, to przecież nikt już nie będzie tego słuchał. Jeśli dziś, bezpośrednio po fakcie, polscy decydenci nie zaoponują przeciwko tezom MAK-u, jeśli nawet uznają, że w imię "nawiązywania współpracy" trzeba je jeszcze pogłębić, to będzie to dla mnie dowodem totalnej kapitulacji polskiego państwa.

Podkreślę to raz jeszcze - dziś nie powinno być ważne to, czy wynik śledztwa w sprawie katastrofy będzie miał lepsze znaczenie dla PO, PiS, PJN czy jeszcze kogoś innego. Zginęli polscy obywatele, a my jesteśmy przez MAK, a za jego pośrednictwem przez Rosję, posyłani do kąta. Wysyłamy do nich swoje poprawki, a one nawet nie są uwzględniane. Rosjanie mają swoją prawdę i twardo ją przedstawiają. Jeżeli nie będziemy umieli się temu przeciwstawiać jako państwo, jako ogół obywali, to już zawsze będziemy poostrzegani przez światowe mocarstwa jako mały i irytujący kraj, który "przeszkadza rozmawiać dorosłym". A to na pewno nie jest dobre stanowisko Polski na arenie międzynarodowej.

not. eMBe

* Tomasz Sulewski - publicysta "Teologii Politycznej" oraz Radia WNET

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »