Polska siatkówka od lat stoi na dobrym poziomie. Bierzemy udział w wielkich imprezach, zajmujemy wysokie miejsca w rankingach i chociaż w ciagu ostatnich kilkunastu lat zdarzały się sytuacje kryzysowe, nasza kadra nie zeszła poniżej pewnego poziomu. Nie jest to zasługa tego, że co rok wyrastało nam pokolenie ponad 2-metrowych wielkoludów o wielkich dłoniach, ale odpowiedniego zarządzania. Rodzima "siata" wchodziła do "nowej odnowionej demokratycznej III Rzeczypospolitej" bez nadmiernego czerwonego bagażu doświadczeń, obciążającego nasz futbol, który nadal musimy dźwigać, obserwując poczynania Laty i spółki.

 

Polski Związek Piłki Siatkowej nie zaniedbywał siatkówki kobiet (wystarczy wymienić chociażby dwa złota na Mistrzostwach Europy czy półfinał tego turnieju), również rodzime kluby - z roku na rok - poprawiały swoją grę, przyczyniając się do podwyższania poziomu naszej ligi. Zupełnie inaczej wyglądało to w przypadku ekipy, która przez lata prowadziła swoje gierki przy ul. Miodowej. Tam każdy drobny sukcesik, którym był sam awans I reprezentacji do wielkiej piłkarskiej imprezy, był znakomitym alibi do odkładania gruntownych zmian na wieczne "później". I tak trwamy w naszym baigienku do tej pory, a polska kadra, posiadając gwiazdy europejskiego formatu, nie potrafi wyjść nawet z najsłabszej grupy turnieju rozgrywanego na własnym podwórku.

 

Ryzyka nie obawiali się działacze siatkarscy, chociaż mogli argumentować, że polska siakówka ma sie nieźle i nie można robić rewolucji. Mimo to, zdecydowali się na wybór biznesmena Mirosława Przedpełskiego na fotel prezesa PZPS w 2004 r. "Kto nie ryzykuje ten nie je". I tak, kibice siatkówki otrzymali mnóstwo smakowitych kąsków: wicemistrzostwo świata, mistrzostwo Europy i wreszcie prawdziwą wisienkę na torcie - miażdżące zwycięstwo z Amerykanami w finale Ligi Światowej, w którym reprezentacja Polski zagrała po raz pierwszy. Warto odnotować, że sukcesy były zasługą zagranicznych trenerów, na których rodzimy związek nie szczędził pieniędzy. Przez naszą kadrę przewinęli się: Raul Lozano, Daniel Castellani czy obecny trener - Andrea Anstasi. Każdy z nich, oprócz medali, zostawił wartościową ideę dla polskiej siatkówki. Dla porównania: PZPN zatrudnił tylko jednego zagranicznego trenera - Leo Beenhakkera z którym szybko zdążył się "pogryźć", a i sam "Don Leo" odchodził w kiepskim stylu. Obecnie Grzegorz Lato otwarcie deklaruje, że PZPN nie zatrudni zagranicznego szkoleniowca z najwyższej półki, ponieważ związku nie stać na takiego fachowca. No tak, a "wódka stygnie"...

 

- Chcę współpracować ze wszystkimi, którym dobro dyscypliny rzeczywiście leży na sercu, mają czyste ręce i chęć do pracy i niezbędną wiedzę. Związek ma być dla klubów, a nie odwrotnie - taką deklaracją szef PZPS Mirosław Przedpełski zainaugurował swoją działalność. Słowa dotrzymał, a jego podejście przynosi dobre skutki. Chociaż sam nie był znakomitym siatkarzem, jako przedsiębiorca doskonale poznał smak ryzyka i żmudnej pracy, prowadzącej do sukcesów.

 

Kolejna decyzja Polskiego Związku Piłki Siatkowej również okazała się strzałem w dziesiątkę. Trener Andrea Anstasi jako zawodnik i trener osiągnął prawie wszystko, a naszym zawodnikom postawił poprzeczkę na bardzo wysokim poziomie. Doskonale wiedział, co robi. Po raz pierwszy w historii mówi się, że "polska drużyna jest poza zasięgiem rywali", a niemal każdy z jej filarów otrzymuje prestiżowe indywidualne nagrody. Celowo napisalem, że Anastasi zdobył prawie wszystko. W swoim dorobku - zarówno trenerskim, jak i zawodniczym - nie ma jeszcze złotego medalu olimpijskiego. Może uda mu się to z reprezentacją Polski? W końcu londyńskie Igrzyska zbliżają się wielkimi krokami...

 

Aleksander Majewski