Na razie jednak wiadomo jedynie, że referendum w Sudanie będzie wiążące. Do głosowania poszło bowiem ponad 60 procent uprawnionych. Wstępne sondażowe wyniki pokazują, że zdecydowana większość chce odłączenia się od północnej części Sudanu (za takim rozwiązaniem mogło głosować nawet 96 procent ludzi).
Jak podkreślają obserwatorzy głosowania, nie sprawdziły się pesymistyczne przewidywania – głosowanie przebiegło spokojnie, bez aktów przemocy na dużą skalę. Najbardziej dramatycznym przejawem agresji były starcia między plemionami Dinka i Misserija oraz atak na konwój wiozący głosujących wracających do domu w spornej prowincji Abyei. Jest to bogaty w pokłady ropy naftowej rejon na pograniczu południa i północy, regularnie wstrząsany sporami podsycanymi przez władze w Chartumie.
Wraz z upływem czasu od referendum w retoryce północnej części Sudanu widać wyraźnie zmianę podejścia do głosowania. Początkowo władze w Chartumie zapowiadały, że nie uznają wyników głosowania, dopóki sądy nie zajmą się sprawą domniemanych nacisków południa na głosujących. Obecnie rzecznik Narodowej Partii Kongresowej (NCP) przyznaje, że "głosowanie przebiegło sprawnie i pokojowo" oraz że "spełnia oczekiwane standardy". Zdaniem komentatorów ewolucja stanowiska może sugerować, że władze w Chartumie powoli godzą się z secesją, ale chcą za tę zgodę wynegocjować jak najwyższą cenę.
Ceną taką może być wykreślenie kraju z listy państw wspierających terroryzm. Sudan trafił na nią w 1993 roku, ponieważ Stany Zjednoczone uznały, że wspiera on Al-Kaidę oraz daje schronienie jej bojownikom.
Dotychczasowy, spokojny przebieg referendum nie oznacza jednak, że podział kraju odbędzie się bez przemocy. W rejonach, które staną się w przyszłości obszarem granicznym między nowymi państwami, może dojść do walk między armią południa i arabskimi plemionami. Wciąż nie rozwiązano problemu powrotu mieszkańców południa z północnej części kraju, czy spraw związanych z wytyczaniem przyszłej granicy. Jest to spawa bardzo konfliktogenna, ponieważ północ i południe obecnego Sudanu będą musiały podzielić się surowcami.
Kwestia ropy być może zmusi również kraje do współpracy. Złoża znajdują się bowiem w południowej części kraju, ale rafineriami oraz środkami transportu będą dysponowały nadal władze w Chartumie. Dopóki południe nie usamodzielni się w kwestii przerabiania ropy, obie części obecnego Sudanu będą skazane na współpracę.
Największymi przegranymi secesji mogą się okazać tysiące czarnych Sudańczyków z południa, którzy mieszkają obecnie na północy. Władze w Chartumie zapowiadają już, że jeśli Dżuba ogłosi secesję, to nowy Sudan Północny wprowadzi rygorystyczny szariat, w ramach którego niemuzułmanie będą pozbawieni praw obywatelskich.
żar/Rp.pl
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

