Jaka jest sytuacja chrześcijan w Sudanie? Czy można mówić o prześladowaniach?
- Można, ale trzeba mieć świadomość, że nie są to prześladowania, takie jak w czasach Jezusa Chrystusa. Sudan Północny walczy z chrześcijanami konfiskując im mienia, a nie zabijając, pozbawiając części prawa, a nie życia. Dziesięć lat temu odebrano nam na przykład Klub Katolicki. Władze zapewniały, że za niego zapłacą, ale nigdy do tego nie doszło, podobnie jak nigdy nie dochodziło do tego w innych sytuacjach konfiskaty mienia. Jednak jeszcze kilkanaście lat wcześniej było o wiele gorzej. W latach 60. wyrzucano chrześcijańskich misjonarzy z kraju, niszczono naszą własność, utrudniano praktyki, a nawet prześladowano katechistów.
W jaki sposób?
- W latach 60. wyrzucono z Sudanu wszystkich misjonarzy, zlikwidowano szkoły, misyjne placówki. Nieliczni kapłani miejscowi nie byli w stanie zaspokoić potrzeb. I dlatego w wielu miejscach zadanie podtrzymywania wiary wzięli na siebie katechiści. Ludzie zbierali się wokół nich, oni bronili wiary, oni sprawili, że ona przetrwała do powrotu duchownych. Katechiści również, jako ludzie wykształceni, uświadamiali czarnym, jakie mają prawa. I dlatego na nich, jako że byli ludźmi świeckimi, skupiła się wściekłość władzy czy wojskowych. Wielu z nich zostało zamordowanych na Południu. W przypadku jednego, ukrzyżowanego przez żołnierzy, którzy chcieli w ten sposób zmusić go do cierpienia, takiego jak Jezus, toczy się nawet proces beatyfikacyjny. Teraz to się zmieniło, ale chrześcijanie nadal pozostawali i wciąż pozostają w Sudanie obywatelami drugiej kategorii.
To znaczy?
- Jeśli nie jesteś muzułmaninem, to nie masz pewnych praw. Ale trzeba mieć świadomość, że w naszym kraju bycie muzułmaninem nie wystarcza do posiadania pełni praw, bowiem żeby je mieć trzeba być jeszcze Arabem. Jeśli jesteś czarny, to nawet konwersja na islam nie oznacza przyznania ci pełni praw. Czarnemu, szczególnie chrześcijaninowi, trudniej znaleźć pracę, zamknięte są dla niego pewne urzędy, i nawet płaci mu się mniej. Ale jako że prześladowania religijne są ściśle związane z rasizmem, to zazwyczaj nie łamią one chrześcijan. Chrześcijanie w naszym kraju są mocni, uparci, nieustępliwi. Kościół istnieje, choć odbiera mu się własność, bowiem jest mocny wiarą i odpowiedzialnością wiernych i pasterzy.
A czy sudański rząd próbuje islamizować chrześcijan?
- Celem władz sudańskich jest islamizacja całego kraju. Oni chcą, żeby Sudan stał się wzorcowym krajem muzułmańskich i arabskim jednocześnie. I dlatego prowadzą politykę, w której kluczowe miejsca w rządzie czy dochodowych instytucjach zajmują Arabowie i muzułmanie. A przecież Sudan składa się z setek różnych ludów, o odmiennych tradycjach językowych, religijnych. Arabowie są tylko jednym z elementów tej wieloetnicznej i wielokulturowej układanki. Mają tego świadomość, więc próbują narzucić swoją kulturę i swoje myślenie wszystkim, próbują zislamizować, a później zarabizować wszystkich. Tak by Sudan stał się północnoafrykańskim państwem arabskim.
Jak dokonuje się ten proces?
- Przede wszystkim za pośrednictwem edukacji. Islam i arabskość obecna jest we wszystkich elementach edukacji. Na historii dzieci uczą się tylko o Arabach. Nie ma mowy o wielu wiekach historii Nubii, nie ma mowy o historii chrześcijańskich królestw na naszych ziemiach, początkiem historii naszego kraju jest przybycia Arabów. Jako język ojczysty wpaja im się język arabski, a w jego ramach uczy się o największym dziele wszechczasów języka arabskiego, czyli o Koranie. Nawet matematyka służy do przemycania islamskich, arabskich treści. Tam zamiast liczyć jabłuszka, liczy się meczety. Islamizacja dokonuje się także w szkołach poprzez obowiązkowe mundurki. Nasze dziewczynki muszą chodzić do szkół państwowych ubrane jak muzułmanki, a chłopców ubiera się w wojskowe stroje.
Ale islam wdziera się w nasze umysły także w szpitalach, gdzie wszędzie obecne są ulotki islamskie, w ośrodkach pomocowych, gdzie łatwiej jest uzyskać pomoc, jeśli zadeklaruje się wyznanie islamskie. Na uniwersytety państwowe też łatwiej dostać się muzułmaninowi, nie mówiąc już o służbie w armii czy policji, które są w zasadzie zarezerwowane dla muzułmańskich Arabów.
Zna ojciec chrześcijan, którzy zostali muzułmanami?
- Oczywiście, ale powody zawsze były zazwyczaj materialne. Im już zwyczajnie nie starczało na życie czy na leczenie i dlatego decydowali się, często fałszywie na konwersję na islam. Byle przetrwać. Są także politycy czy ludzie z wyższym wykształceniem, który zmieniali wyznanie, by móc robić kariery. Ale i w ich przypadku trudno mówić o przyczynach religijnych. Oni zmienili wyznanie wyłącznie dla kariery.
Czyli to nie były prawdziwe konwersje?
- W sensie ścisłym nie. Ale oczywiście oni już chodzą do meczetów, a ich dzieci są wychowywane w duchu islamski, co oznacza, że nawet jeśli oni gdzieś w głębi serca pozostali chrześcijanami, to ich dzieci będą już muzułmanami.
A zna ojciec sytuacje odwrotne, gdy muzułmanin zostaje chrześcijaninem?
- Muzułmanin, który chciałby oficjalnie zostać chrześcijaninem musi zostać zabity. Ale nie zmienia to faktu, że są muzułmanie, którzy to robią i potem uciekają z Sudanu Północnego, na przykład na Południe. W ubiegły roku dwóch chłopaków zdecydowało się na chrzest. I teraz przebywają oni w Południowym Sudanie.
Mówi ojciec, że chrześcijanie są obywatelami drugiej klasy w Sudanie, ale jednocześnie zapewnia ojciec, że takie „obywatelstwo drugiej klasy” jest właściwe także dla czarnych muzułmanów. Czy zatem zmiana religii na islamską w czymś polepsza sytuację czarnego chrześcijanina?
- W tym sporze religia jest tylko narzędziem. A celem jest stworzenie z Sudanu państwa arabskiego. I dlatego nawet gdybym zmienił wyznanie, nawet gdybym został muzułmaninem, to jako osoba czarna nadal pozostałbym obywatelem drugiej kategorii. Taka jest zresztą sytuacja wielu czarnych muzułmanów z Darfuru, dla których pewne zawody czy dostęp do władzy są zamknięte. Problemem w Sudanie nie jest zatem religia, ale zwyczajny arabski rasizm.
Ale to oznacza, że zła sytuacja chrześcijan w Sudanie nie wynika z jakiejś świętej wojny między muzułmanami a chrześcijanami czy animistami, ale z rasistowskiego konfliktu między Arabami a Afrykańczykami.
- Dokładnie tak. Arabowie są po prostu przekonania, że Afrykańczyk jest mniej człowiekiem niż oni. I to uniemożliwia wspólne przebywanie w jednym państwie.
To kwestia historyczna?
- Oczywiście. Arabowie przybyli do Sudanu także po to, by handlować czarnymi niewolnikami. Nasi przodkowie byli dla nich towarem, przedmiotem, a nie ludźmi. Miliony Afrykańczyków zostało przez nich sprzedane. Nawet trudno sobie wyobrazić, ilu by było Południowych Sudańczyków, gdyby nie tamten proceder. Wyginęły całe plemiona. A obecna potęga Arabów w Sudanie jest właśnie efektem tego, czym przez wieki się zajmowali, czyli handlu niewolnikami.
A jak jest teraz z niewolnictwem w Sudanie? Czy jest ono jeszcze tu obecne?
- Oficjalnie nie. Zostało zniesione przez władze sudańskie. Ale to nie znaczy, że przestało ono istnieć w praktyce. Wojna wręcz sprzyjała jego rozwojowi. Masowo porywano dzieci z Południa, a niekiedy dorosłych i sprzedawano ich do pracy. To było zjawisko o ogromnej skali. Państwo oczywiście nie brało w nim udziału, ale wspierało arabskie plemiona nomadzkie, które się ich dopuszczały.
Co się dzieje z kobietami czy dziewczętami, które zostały porwane z Południa?
- Czasem sprzedawano je na żony, służące czasem kierowano na posługi dla wojska czy na prostytutki. Chłopców zaś wcielano do armii czy do oddziałów i po odpowiednim praniu mózgu kierowano do walki z ich własnymi, czarnymi braćmi. Trudno nawet zliczyć, ile takich osób jest.
Rozmawiał Tomasz P. Terlikowski i Grzegorz Górny
Ks. Santino Morokomomo jest sekretarzem generalnym Konferencji Biskupów Katolickich Sudanu.
Wywiad ukazał się w najnowszym numerze "Frondy"
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »


