Młode kobiety, które miały do czynienia z Planned Parenthood chętnie opowiadają o swoich doświadczeniach. W ten sposób chcą przestrzec inne studentki przed korzystaniem z usług tej organizacji. Jedną z nich jest Erin z South Dakota State University. Opowiada, że kiedy poszła do Planned Parenthood dostała najpierw ulotki na temat aborcji. Wyjaśniła, ze nie tego chciała. Przyszła bowiem po bezpłatny test ciążowy. Kiedy szczęśliwa powiedziała, ze test jest dodatni, pracownik miał jej do zaproponowania tylko jedno: aborcję. Kiedy Erin powiedziała, że nie jest zainteresowana aborcją, pracownik dalej ją przekonywał, że zawsze może zmienić zdanie. Wręczył jej też kolejne ulotki na temat przerywania ciąży. Erin była rozczarowana, że nikt się z nią nie cieszył, nie gratulował dziecka, nie zaproponował żadnych badań, ani opieki dla kobiet w ciąży, tylko aborcję.
Abby Johnson, była dyrektor jednego z oddziałów Planned Parenthood, wyjaśnia, że każda klinika musi wykonać pewną określoną liczbę aborcji. Jeśli będzie ich mniej, niż przewiduje limit, nie zarobi odpowiedniej ilości pieniędzy. W innej klinice tego koncernu pracownicy dostawali nawet nagrody za większą liczbę wykonanych aborcji. Bo taka jest polityka organizacji – przeprowadzenie jak największej liczby aborcji, nawet kosztem zdrowia kobiet – przekonuje Cassy Fiano z Life Action News. – Moja znajoma poszła do kliniki Planned Parenthood. Była wtedy studentką, w ciąży z pierwszym dzieckiem. Podobnie jak Erin, nie chciała aborcji, tylko innej pomocy. Powiedziano jej tam, ze mogą jej pomóc tylko w jeden sposób, dając skierowanie do lekarza, który przeprowadzi aborcję.
Podobne doświadczenia z Planned Parenthood mają też inne kobiety:
Christine:
Miałam sześć aborcji, trzy z nich były wykonane w klinice Planned Parenthood. To było coś okropnego. Doświadczyłam wtedy śmierci, część mnie umarła razem z moimi dziećmi. Planned Parenthood nie dał mi żadnego wyboru. Wewnątrz kliniki panuje koszmarna atmosfera, nie ma żadnego wsparcia. Chodzi o to, żeby wykonać aborcję. I tyle. Oni to robią tylko dla pieniędzy. Dla pieniędzy zabijają człowieka. A te pieniądze powinny być przeznaczone na pomoc kobietom, tak by mogły one dać życie swoim dzieciom.
Shadia:
Miałam 15 lat, kiedy mama zaprowadziła mnie do Planned Parenthood. Dowiedziałam się tam, że jestem w 11 tygodniu ciąży i że ta ciąża to „zlepek komórek”. Kazano mi szybko podjąć decyzje, bo po 12 tygodniu za aborcję musiałabym już zapłacić więcej. Nie dano mi żadnego wyboru. Dziś bardzo żałuję tej decyzji.
Barbara:
Miałam 21 lat. Aborcji dokonałam w klinice Planned Parenthood w West Bend w stanie Wisconsin. Powiedziano mi wtedy, że moje dziecko to jest „nic”. Byłam wtedy w 10 tygodniu ciąży. To było coś okropnego. Muszę teraz z tym żyć. Nie ma dnia, żebym nie myślała o moim dziecku, o tym, że pozwoliłam je zabić. Po aborcji nikt mi nie pomógł, nikt ze mną o tym nie rozmawiał. Opowiadam swoją historię, żeby przestrzec inne kobiety przed Planned Parenthood.
MT/lifesitenews.com
