Beata Szydło zdruzgotała narrację o Polsce jako brzydkiej pannie na wydaniu. Zwycięstwo prawdziwie polskiej polityki.

<<< UWAGA! NIESAMOWITA KSIĄŻKA O FATIMIE! JAKIE TAJEMNICE SKRYWA JESZCZE OBJAWIENIE FATIMSKIE? ZOBACZ! >>>


Wczorajsza debata w Parlamencie Europejskiej przyniosła klęskę całemu zestawowi narracji tzw. salonu utrzymujących znaczną część Polaków w przekonaniu, że są gorsi, mniej dojrzali do demokracji i powinni się uczyć od tzw. demokracji dojrzałych, słuchać ich rad i pouczeń, z wdzięcznością, że raczą nam  one udzielać lekcji. Polacy nie powinni natomiast się "mądrzyć" i sprawiać kłopotów domagając się respektowania własnego odrębnego zdania bądź własnych odrębnych interesów.

Tę polityczną postawę najcelniej wyraził Władysław Bartoszewski w 2007r. współuczestnicząc w atakowaniu i wyszydzaniu asertywnej polityki zagranicznej rządu Jarosława Kaczyńskiego: "jeśli panna nie jest piękna i posażna, to powinna być choć sympatyczna, a nie nabzdyczona". Miało to znaczyć, że Polska, jako brzydka panna na wydaniu nie może domagać się zbyt wiele. Powinna natomiast być miła w obejściu i "łatwa w hodowli" jak Donald Tusk (wg określenia Angeli Merkel) oraz sam Władysław Bartoszewski, którzy za niemieckie ordery bądź unijne stanowiska uprawiali lokajską politykę trzymania się niemieckiej klamki: Tusk z pozycji wykonawcy, Bartoszewski z pozycji jego niby-mentora i pseudoautorytetu moralnego. Owa "łatwość w hodowli" oznaczała zgodę na miliardowy wypływ kapitału, bezkarne nie płacenie podatków przez zagraniczne firmy przy równoczesnym dorżnięciu polskiego przemysłu (np. stoczni), super uprawnienia dla zagranicznych banków wobec polskich obywateli, gorszy status bezpieczeństwa w NATO, gorszy status bezpieczeństwa energetycznego wraz z potulną zgodą na Nord Stream i wysokie ceny gazu, czy wreszcie pseudośledztwo smoleńskie faktycznie według standardów i wytycznych Putina. Wszystko zgodnie z interesami Niemiec bądź Rosji, albo innych możnych tego świata - tylko nie Polaków.

Beata Szydło we wczorajszej debacie pokazała, że można z politykami europejskimi, w tym także z niemieckimi,  rozmawiać inaczej, jak równy z równym, a nawet na wyższym od nich poziomie, bo stanowczo, ale znacznie bardziej uprzejmie i merytorycznie, bez popadania w histeryczną, chamską i ewidentnie kłamliwą retorykę na poziomie Schulza, Timmermansa czy Junckera z porównywaniem Polski do putinowskiej Rosji.

Padła narracja o "brzydkiej pannie na wydaniu", a wraz z nią pokrewne, kultywowane od lat w polskich umysłach: że z Europą potrafią rozmawiać wyłącznie przedstawiciele "salonowej  pseudoelyty"  zaś PiS, czy prawica w ogóle jest do takiej debaty niezdolna. Padł imperatyw ciągłego oglądania sie na to "co Europa sobie pomyśli?" i obawy, że jak sobie pomyśli, to "przestaniemy być prymusem w UE", co rzekomo byłoby największym nieszczęściem jakie mogłoby się nam zdarzyć.  Padła narracja, że musimy mieć w Niemczech opiekuna, protektora i mentora, bo bez tego sobie nie poradzimy.

Dla Donalda Tuska, w ostatnich latach głównego wykonawcy tej lokajskiej polityki, 19 stycznia 2016 r.  był to "dość smutny dzień", bo jak powiedział " przedstawiciele polskich władz muszą bronić swoich racji, które są kwestionowane". Zupełnie mimochodem trafił w sedno. On polskich racji bronić nie musiał i nie chciał, zdając się na niemiecką protekcję. Beata Szydło pojechała do Strasburga, bo nie tylko musiała, ale i chciała bronić polskich racji. I to jest zupełnie nowa jakość w polskiej polityce. Polityce prawdziwie polskiej.

Grzegorz Strzemecki