Oto powstała formacja niebezpieczna dla tych wszystkich, którzy zakotwiczyli się w politycznej rzeczywistości, dla których każda nowa siła na scenie to uderzenie w ich żywotne interesy, w ich stołki przyrosłe już do tyłków i zrodzone we łbach wyobrażenie o swojej niezastąpioności i nieomylności. A jeżeli ta organizacja, na domiar wszystkiego, wzięła sobie za cel aktywizację młodych ludzi, angażowanie ich w działalność społeczną i polityczną – to jest to już bezpośredni atak na podstawy ustrojowe państwa i polityków, którym władza się po prostu należy z racji samego ich istnienia, jakby byli co najmniej bożymi pomazańcami. Warto zauważyć, że kiedy organizacje skupione wokół Ruchu Narodowego działały same, kiedy każda sama skrobała swoją rzepkę, pies z kulawą nogą się nimi nie zajmował. Czasem co najwyżej hunwejbini ze stajni Gazety Wyborczej narobili wrzasku biadoląc nad faszystowskim ONR czy homofobiczną Młodzieżą Wszechpolską, jednak politycy wszystkich opcji i różnej konduity na ogół dawali im spokój, nie dopatrzywszy się zagrożenia dla własnych pozycji. Dopiero kiedy nastąpiło zjednoczenie (najpierw wokół Marszu Niepodległości, a później na większą skalę) dał się dostrzec najpierw niepokój, a później wrogość. Nagle okazało się, że jedynie słuszni są tylko jednymi z wielu a ich mesjanizm i misja to hucpa, którą można o kant tyłka potłuc.

Politycy, tak z prawa jak i z lewa, poczuli nagle na plecach oddech konkurencji, w dodatku (i co gorsza) konkurencji nie wywodzącej się z ich środowiska, nie dającej szans na podpięcie się pod jej szyld. Krótko mówiąc obleciał ich strach przed odstawieniem od koryta, czepili się go więc pazurami i rozwarli paszcze, kąsając na oślep i kopiąc, byle odegnać zagrożenie. W sukurs przyszły im media, starając się za pomocą kłamliwych artykułów zdyskredytować narodowców w oczach swoich czytelników. Największym zagrożeniem nie jest dla nich, wbrew pozorom, nowe ugrupowanie mogące zebrać w wyborach jakiś tam (mniejszy lub większy) procent głosów, ale cel, jaki sobie narodowcy wybrali jako nadrzędny – upolitycznienie społeczeństwa, stworzenie oddolnych struktur i samoorganizacja. Bądźmy szczerzy, ludzie świadomi i zorganizowani to najgorszy koszmar dla naszych umiłowanych, z „demokratycznego wyboru”, przywódców – skończyłoby się mydlenie oczu i wciskanie kitu, już nie dałoby się zorganizować pospolitego ruszenia w imię demagogicznych haseł i bzdurnych pomysłów rodzących się w głowach wodzów. Bo to właśnie ludzie, którzy (nie bójmy się grubych słów, znacznie lepiej oddających rzeczywistość niż subtelne dziumdzianie) mają wszystko w dupie są gwarantem trwałości układu, to dzięki nim przy korycie mamy wciąż te same gęby (choć aż się prosi o inne określenie), zamieniające się tylko od czasu do czasu miejscami.

Z tego samego zresztą powodu – ze strachu przed oderwaniem od koryta i utratą wpływów na swoich podwładnych – pośród elit politycznych panuje nieformalna zmowa przeciwko wprowadzeniu jednomandatowych okręgów wyborczych. Co prawda wedle konstytucji władza w Rzeczpospolitej należy do Narodu, jednak jest to tylko i wyłącznie teoria, której wcielenie w życie budzi przerażenie głównych macherów od rządzenia. Sytuacja, w której ów wymieniony w ustawie zasadniczej naród mógłby mieć faktyczny (a nie tylko czysto teoretyczny) wpływ na rządzenie państwem, w której szeregowi posłowie to przed narodem a nie przed nimi odpowiadają za swoje poczynania budzi grozę i jest przyczyną nocnych koszmarów męczących tak Tuska, jak i Kaczyńskiego, Millera czy Palikota. Paradoksalnie żrący się na co dzień i wyzywający od najgorszych politycy tkwią w dziwnej koalicji, zjednoczeni przeciwko suwerenowi i trzymający się zabetonowanego układu wynegocjowanego przy okrągłym meblu.

Na nieszczęście (dla polityków, dla nas wręcz przeciwnie) w ostatnim czasie, głównie zresztą dzięki wyczynom Donalda Tuska i jego bandy nieudaczników, powstały dwie silne inicjatywy, których celem jest tegoż układu rozbicie – Ruch Narodowy i Zmieleni. Inicjatywy mogące odnieść sukces nie poprzez start w wyborach, ale przez edukację, uświadamianie i aktywizację tzw. „zwykłych obywateli”, tych, co to jak już ustaliliśmy, mają wszystko w dupie. Bo kiedy mieć przestaną, to wielcy wodzowie i słońca narodu staną się wreszcie tym, kim od początku być powinni – sługami i robolami wynajętymi do czarnej, politycznej roboty...

Alexander Degrejt