W ostatnim numerze „Wprost” redaktorzy tygodnika pochylili się nad ciężkim losem ateistów, którym żyje się w Polsce nawet gorzej niż homoseksualistom. Artykuł „My ateiści” to pokłosie dyskusji, jaką wywołała akcja billboardowa, w ramach której w największych miastach Polski pojawiły się plakaty z hasłami „Nie zabijam, nie kradnę, nie wierzę”. Zakrojona na szeroką skalę akcja, która ma na celu sprzeciwienie się rzekomej dyskryminacji ateistów, przyniosła jednak nieco inne skutki. Jak grzyby po deszczu w lewicowych mediach pojawiają się ckliwe historie uciemiężonych osób niewierzących.
I tak niezawodna „Gazeta Wyborcza” promuje dziś na pierwszej stronie dwa listy od swoich czytelników. W pierwszym z nich rozżalona Agata opowiada jak to miesiąc temu brała ze swoim wybrankiem ślub cywilny połączony ze ślubem humanistycznym i całemu (ciemnemu) gronu znajomych i rodziny musiała cierpliwie tłumaczyć, na czym to polega. Sęk w tym, że zdziwienie bliskich pani Agaty, jak mniemam, wcale nie wynikało z ich katolickiej opcji światopoglądowej. Jak Polska długa i szeroka śluby zwykło się u nas brać w kościele w białej sukience i z welonem na głowie (choć bardzo często to niestety tylko nic nie znaczący symbol). Szczyt mąk Agaty nastąpił dzień przed ślubem, kiedy jej „katolicka” matka zapytała, czy może młodą parę pobłogosławić przed ślubem. „Trochę mnie to skonsternowało, ponieważ nie wyobrażałam sobie klęczenia i całowania krucyfiksu - przecież to są elementy katolickie! Po długiej rozmowie mama odstąpiła od swojej prośby, a ja zaczęłam się zastanawiać, ile razy jeszcze będę musiała ponawiać swoją deklarację, że jestem ateistką, żeby zapamiętali” - opisuje czytelniczka „Wyborczej”.
Agata dochodzi też do kuriozalnego wniosku, że opowiadanie przez księży, iż odejście z Kościoła pociąga za sobą „gniew Boży”, to zasiewanie strachu, który jest głównym powodem „dyskryminowania i agresywnego traktowania ateistów”. Podobnie reagują homoseksualiści, kiedy tylko ktoś ośmieli się powiedzieć, że homoseksulizm można (i da się!) wyleczyć. Z marszu strażnicy tęczowej poprawności klasyfikują to jako „mowę nienawiści” i sianie pogardy wobec osób o odmiennej orientacji seksualnej.
Jeszcze głupszy w swej argumentacji jest Jacek, pracownik socjalny, któremu przeszkadzają nie tylko krzyże na ścianach, ale to, że ośrodek ośrodek pomocy co roku rozdaje paczki przy okazji wigilii. „Czy w mieście mieszkają tylko osoby wierzące i do tego chrześcijanie? Mam wrażenie, że takie jest właśnie przeświadczenie władz miasta. Jeśli ktoś jest niewierzący, to raczej nie weźmie udziału w wigilii, a tym samym nie dostanie paczki. Czy nie lepiej byłoby organizować spotkania noworoczne” - proponuje Pan Jacek, zdaje się, że zapomniał, iż wigilia – to obok zawierania związku małżeńskiego, zwyczaj nie tylko stricte religijny, ale trwale zakorzeniony w polskiej tradycji. Znam całe mnóstwo osób, które z wiarą w Boga nie mają nic wspólnego, a mimo to kupują sobie prezenty na Gwiazdkę i siadają do wigilijnego stołu, bo „to taki piękny zwyczaj”. Ponadto, wigilia to taki wyjątkowy dzień w roku, podczas którego o wiele łatwiej przychodzi nam pomoc potrzebującym (co oczywiście nie zmienia faktu, że powinniśmy to robić częściej niż raz w roku), więc dlaczego mielibyśmy tego dnia nie rozdawać paczek ubogim?!
W drugim promowanym przez „Wyborczą” liście, anonimowy czytelnik żali się, że wszystko zaczyna się już w przedszkolu, kiedy pani „każe się modlić do Jezuska, więc chociaż nie ogarniasz, robisz to”. Czytelnik popada wręcz w paranoję, kiedy żali się, że w pierwszej klasie poświęcono mu tornister, a później, już będąc dorosłym, musiał rozstać się z dziewczyną, którą kochał, bo ta chciała wziąć ślub kościelny. „Katolicyzm w Polsce jest systemem, systemem oświaty, systemem urzędowym, systemem sfery publicznej” - pisze.
„Skoro tak samo jestem obywatelem, tak samo płacę podatki, chcę mieć zapewniony taki sam start jak katolicy. Chcę, żeby moje dziecko w szkole uczyło się o nauce, a nie o Bogu. Chcę, żeby w mediach publicznych były debaty na temat religii, a nie ZIARNO, ANIOŁ PAŃSKI etc. Chcę pokazać dziecku wspaniałość islamu, prawosławia, buddyzmu, hinduizmu, braminizmu, ale jeśli nie zrobię tego we własnym zakresie, czyli nie wyedukuję się samodzielnie w tym temacie, nie jestem w stanie dziecku pokazać wspaniałości świata” - żali się, jak sam o sobie pisze, obywatel II kategorii. Sęk w tym, że ów czytelnik nawet nie zauważa, jak pod płaszczykiem walki z dyskryminacją ateistów sam domaga się dyskryminacji katolików. Nie może być religii w szkole, krzyża na ścianie, Anioła Pańskiego w telewizji... W imię czego? W imię wolności słowa i wyboru, którymi tak chętnie wycierają sobie gęby ateiści walczący o swoje prawa?
Ktoś nie chce obchodzić świąt religijnych? Nikt go do tego nie zmusza. Nie chce ślubu w kościele? Proszę bardzo, urzędy cywilne stoją otworem. Znalezienie szkoły bez krzyży na ścianach to dziś żaden problem. Przedszkola bez lekcji religii? Moja mama uczy od lat w szkole i jak wynika z jej opowieści, to żaden problem. Wystarczy zapisać dzieciaka na etykę, albo napisać mu deklarację, że w tym czasie bierze się za niego odpowiedzialność, i że nie będzie chodził na religię. Nic prostszego.
Przyznam szczerze, że śmieszą mnie te wszystkie żale ateistów. Jak żyję, jeszcze ani razu nie spotkałam się z jakimś przejawem dyskryminacji osoby niewierzącej. Nikt z moich znajomych, którzy z jakąkolwiek religią nie mają nic wspólnego, ani nie został wyrzucony z pracy, ani nie zarabia mniej z tego tytułu. Ba, jak wspominałam w ostatnim z moim artykułów na ten temat, nie przypominam też sobie, by ktoś z moich niewierzących kolegów doznał jakiegoś cierpienia z tytułu studiowania na wydziale teologicznym. Jeśli już mowa o jakimś prześladowaniu, to raczej w drugą stronę. Ileż to razy słyszymy o osobach zwalnianych z pracy, bo nie chciały na przykład zdjąć krzyżyka z szyi? Choć to może (na szczęście) jeszce częściej zdarza się za granicą niż w Polsce, to przecież i u nas z katolików się szydzi, że mohery, że słuchają Radia Maryja, etc... Zresztą, przecież nie chodzi o to, aby licytować się, kto ma w życiu ciężej. Wiadomo, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Mam jednak wrażenie, że te wszystkie ateistyczne jęki mają jakiś inny sens. Może niewierzący, wzorem pierwszych polskich uciemiężonych (homoseksualistów) zaczną wkrótce domagać się specjalnych praw i przywilejów normowanych jakimś zapisem w kodeksie. Wtedy dopiero poczują się nie tylko niedyskryminowani, ale nawet docenieni...
Marta Brzezińska

