Oficjalnie organizacja zrzeszająca Niemców, którzy po II wojnie światowej musieli opuścić ziemie przyznane państwom napdaniętym przez III Rzeszę, liczy 2 mln członków. To bardzo dużo – ok. 2,5 proc. wszystkich obywateli Republiki Federalnej Niemiec. Liczba ta czyni Związek (BdV), kierowany przez Erikę Steinbach, istotną siłą polityczną w kraju.
Zastępy Steinbach topnieją w stosunku 4:1
Niemiecka agencja informacyjna Ddp postanowiła to sprawdzić. Jej dziennikarze zadzwonili do wszystkich krajowych biur związków należących do BdV i zapytali o liczbę ich członków. Co się okazało? Po zsumowaniu wyszło, że działaczy organizacji jest nie więcej niż 550 tysięcy. To bardzo dużo, ale czterokrotnie mniej, niż podaje kierownictwo Związku.
Liberalna Wolna Partia Demokratyczna (FDP), która ostatnio stała się głównym krytykiem działań przedstawicielstwa Wypędzonych w Niemczech, zażądała wyjaśnień. - Jeśli BdV nie będzie w stanie potwierdzić przytaczanych przez siebie faktów, to moim zdaniem pod znakiem zapytania staje jego rzekoma reprezentacja wypędzonych w Niemczech – powiedział agencji Ddp poseł FDP Patrick Döring.
„A jednak mnogo nas”
Kierownictwo organizacji przekonuje jednak, iż liczba, którą podaje, jest prawdziwa. - Nadal wychodzimy z założenia, że są nas 2 mln – mówi dla „Der Spiegel” wiceprzewodnicząca BdV, Michaela Hriberski. Dodaje, że trudno jest dokładnie określić, ile osób działa w Związku Wypędzonych. Jest to bowiem swoisty „związek związków”, do którego nie można należeć osobiście. W jego skład wchodzą nie tylko związki krajowe, ale także inne, często małe, autonomiczne grupy, które są rozsiane po całym kraju.
Założony w 1957 roku związek jeszcze w latach 70-tych liczył ok. 3,5 mln członków. Z czasem ta liczba zaczęła drastycznie spadać, w związku z czym umożliwiono przynależność także osobom, których nie sposób nazwać „wypędzonymi” - są raczej członkami ich rodzin. Dzięki temu liczba działaczy BdV utrzymuje się od dziesięciu lat na tym samym poziomie. Przynajmniej oficjalnie.
W obronie kapitału politycznego
Utrzymanie liczebności jest dla Związku bardzo istotne, gdyż to właśnie dzięki temu może on odgrywać istotną rolę na scenie politycznej i stanowić potencjalny elektorat, z którym muszą się liczyć głównie partie chadeckie. Dzięki rzekomej masowości organizacja może mianować trzech z trzynastu miejsc w radzie fundacji Ucieczka, Wypędzenie, Pojednanie. Ma się ona zajmować budową i zarządzaniem „widocznym znakiem”, mającym dokumentować powojenne wypędzenia – w założeniu nie tylko Niemców, ale także przedstawicieli innych narodowości.
Magiczne dwa miliony członków zapewniają BdV także funkcjonowanie w powszechnej świadomości jako jedynego przedstawiciela środowisk wypędzonych. Tak jednak nie jest. Przykładowo wielu Niemców sudeckich należy nie do związków krajowych (należących do organizacji Eriki Steinbach), ale do Wspólnoty Ackermanna, utworzonej przy Kościele katolickim. Zajmuje się ona nie tylko działalnością kulturalną, ale także pojednaniem między Niemcami, Czechami i Słowakami. - W radzie fundacji czujemy się reprezentowani przez katolickiego biskupa, nie przez panią Steinbach – powiedział dziennikowi „Die Welt” przewodniczący Wspólnoty, Adolf Ullman.
Analiza przeprowadzone przez Ddp może osłabić kartę przetargową Eriki Steinbach w walce o miejsce w radzie fundacji z ministrem spraw zagranicznych Guido Westerwellem, bądź o zwiększenie liczby przedstawicieli BdV w tym ciele. Dopóki jednak żyją setki tysięcy zainteresowanych funkcjonowaniem Związku, nie oznacza ona zupełnego upadku tej organizacji.
Stefan Sękowski
Ważne lektury:
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »




