- Wielki film o wielkiej wojnie, dzieło wielkiego reżysera za wielkie pieniądze z udziałem wielkich aktorów – tak ironicznie rozpoczyna recenzję „Spalonych Słońcem 2” Nikity Michałkowa na falach „Echa Moskwy” krytyk Ksenia Łarina. I faktycznie, najdroższy w historii rosyjskiej kinematografii trzygodzinny epos, od tygodnia w repertuarze rekordowej liczby 1018 rosyjskich kin, zbiera fatalne recenzje i cieszy się niewielkim zainteresowaniem. Razem z drugą częścią, której premierę niedawno przesunięto na przyszły rok, kosztował 55 milionów dolarów. W ciągu pierwszych trzech dni od premiery zarobił raptem 3,7 miliona (wg innych danych 2,76 milionów w pierwszym tygodniu).
Reżyser Nikita Michałkow uchodzi w Rosji za człowieka usłużnego w stosunku do ekipy Władimira Putina. Zapewne dlatego dostał od państwa pieniądze na produkcję filmu, na którego nakręcenie poświęcił 8 lat. Jedne źródła mówią o 42 milionach dolarów, inne o pokryciu całości kosztów. Film pomyślany jako patriotyczne kino wysokiej klasy, apoteoza „wielkiej wojny ojczyźnianej”, miał zarazem konkurować z wysokobudżetowymi produkcjami z Hollywood. Wszystko wskazuje jednak na to, że ambitne plany moskiewskich decydentów spaliły na panewce, zaś obraz ma wszelkie szanse zastąpić „Przenicowany świat” na czele listy największych klap rosyjskiej produkcji filmowej (dwie części tego ostatniego przyniosły stratę rzędu 10,8 miliona dolarów).
W sequelu „Spalonych słońcem” (pierwszy film z 1994 roku zdobył Grand Prix w Cannes i Oscara dla filmu obcojęzycznego) Michałkow przenosi akcję z 1936 roku w czasy II wojny światowej (1941-43). Cudownie przywraca do życia troje głównych bohaterów oryginału.
Chodzi o głównego bohatera, granego przez samego Michałkowa, czyli dowódcę dywizji Kotowa (który w pierwszej części w jednej z ostatnich scen, skatowany przez siepaczy z NKWD, odjeżdża z nimi samochodem ze swojej daczy na pokazowy proces i rozstrzelanie w ramach Wielkiej Czystki) umieszcza w batalionie karnym na linii frontu. Córka Kotowa, która w pierwszej części była ośmioletnim dzieckiem, pięć lat później jest już dorosłą kobietą. Dzielnie służy krajowi jako pielęgniarka. Była żona Kotowa w międzyczasie wychodzi za mąż za jego prześladowcę i niedoszłego zabójcę z NKWD, co ratuje jej życie. Przypomnijmy, że ów rywal Kotowa w filmie z 1994 roku podciął sobie żyły.
Krytycy w nowym dziele reżysera dostrzegają różnorodne wpływy, m.in. twórczości Stevena Spielberga i Quentina Tarantino, zastrzegając, że wymieszanie konwencji nie wyszło mu na zdrowie. Ksenia Rożdiestwienska w rosyjskiej edycji „Newsweeka” jest jeszcze bardziej krytyczna: - Trzeba patrzeć nań nie w kontekście epopei wojennej w stylu „Szeregowca Ryana” czy „Idź i patrz”. To prędzej „Matrix” bez możliwości przebudzenia się, „Być jak John Malkovich” bez nadziei „niebycia Johnem Malkovichem”. Monolog niesolidnego narratora, który sam nie wie, że jest niesolidny.
Blogerzy zwracają uwagę na epatowanie patosem, niedorzeczności fabuły i anachronizmy. – Trudno uwierzyć, że niemiecki czołgista, zobaczywszy idącego ku niemu żołnierza rosyjskiego z bagnetem, zatrzymuje czołg i prosi, by się cofnął. Cyganów nie rozstrzeliwują, dlatego że ci z pieśniami na ustach proszą o pozostawienie im koni. Niemieccy lotnicy naszej „barki” z „czerwonym krzyżem” z początku nie obstrzeliwują, natomiast próbują obs...ać (!) ją w locie koszącym – komentuje niejaki Kofyrin. – Takich „bark”, jakie pokazano w filmie Michałkowa, w 1941 roku nie było – dodaje.
– Duchowny w wojskowym mundurze z urwaną krwawiącą nogą (!) nie tylko pływa, ale także ratuje tonącą Nadię, a potem chrzci ją, trzymając się miny bojowej. Trzy lata odsłużyłem jako szyfrant na łodzi podwodnej floty północnej i mogę powiedzieć, że ranny człowiek nie może utrzymać się tak długo w wodzie, a mina po strąceniu i eksplozji samolotu na pewno wybuchnie. Gdzie tu PRAWDA?! – pyta retorycznie niepocieszony internauta.
- Przeżyliśmy dwa bezładnie niedorzeczne filmy Chotinienki („1612” i „Pop”), jeden znośny i inny słaby film Łungina („Wyspa” i „Car”), bezguście kilku prawosławno-monarchicznych i przymilno białogwardyjskich wytworów typu „Panów oficerów” i „Admirała” oraz całą kupę rosyjskich historycznych obrazów mniejszej rangi. Każdy z nich zawiera mankamenty, fałsz, patos, nieprzyjemny posmak. Jednak „Spaleni słońcem 2” Michałkowa prześcigają je wszystkie razem wzięte – recenzuje film inny bloger.
„Wielki film o wielkiej wojnie” – brzmi hasło z plakatów reklamujących nowe dzieło Michałkowa. Premiera odbyła się z wielką pompą w 30 miastach jednocześnie. W Moskwie nie, jak planowano, na Placu Czerwonym, tylko w Pałacu Zjazdów na Kremlu. Premier Putin nie zaszczycił jej swoją obecnością. Do obejrzenia filmu zmuszono za to, jak podaje agencja Novosti, uczniów starszych klas we Władywostoku. Seans nie przedstawia się zbyt kusząco kombatantom, choć do końca maja mają oni zapewnione darmowe wejściówki. – Filmu „Spaleni słońcem 2” nie oglądałem i oglądać nie zamierzam. (...) – zwierza się „Komsomolskiej Prawdzie” szturmowiec Walentin Gawriłow. - Trzy lata spędziłem na wojnie i wiem, co to takiego (...) – to straszna i ponura sprawa. Innego, cudzego zdania mi nie potrzeba. Na co mi film Michałkowa? Zamykam oczy i mam swoje kino, wspomnienia okropnego czasu. Choć zdarzają się dobre i wierne filmy o wojnie. Na przykład „Oni walczyli za Ojczyznę”.
Michał Jasiński
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

