W 2089 roku naukowcy Elizabeth Shaw (Noomi Rapace) i Charlie Holloway (Logan Marshall-Green) na jaskiniowych malowidłach w różnych zakątkach świata odkrywają powtarzający się motyw kilku planet ustawionych w dziwnej konfiguracji. Badacze zdają sobie sprawę, że takich konfiguracji planet nie mogły namalować nie spotykające się nigdy ze sobą różne cywilizacje. Na dodatek malowidła odwzorowują układ planet, który może być widoczny jedynie dzięki najnowocześniejszemu sprzętowi. Kilka lat później naukowcy wyruszają na ekspedycję by poznać planetę, z której pochodzą istoty, podejrzewane o to, że dały życie ludziom. Naukowcom towarzyszy m.in. cyniczny kapitan statku w stylu Hana Solo ( rozwijający skrzydła genialny aktor Idris Elba), robot ( charyzmatyczny Michael Fassbender) i zimna szefowa ( jak zwykle lodowato seksowna Charlize Theron). Pieniądze na ekspedycję ( czyżby tylko naukową?) wykłada korporacja umierającego Petera Weylanda (Guy Pearce nie do poznania). Po przybyciu na planetę ekspedycja trafia w sam środek piekła. Brzmi znajomo?

/

Pewnie, że tak. Bo ten film jest złożony ze znanych kinomanom klisz. Zgadzam się więc z Tomaszem Raczkiem, który najbardziej lapidarnie i trafnie ocenił obraz twórcy legendarnego „Obcego”. „Wielbicielom cyklu o "Obcym" daje przyjemność wiarygodnego Początku tej historii, a wszystkim innym oprócz pięknych obrazów, wprawiającej w drżenie muzyki także dobre kreacje aktorskie”- pisze krytyk i dodaje, że każdy, kto obejrzał film w pirackiej wersji na komputerze jest frajerem, który pozbawił się wielkiej przyjemności. Krytyk trafia w sedno. Bez wątpienia dwugodzinny seans dzieła Scotta w 3D jest przyjemnością nie mniejszą niż egzotyczny masaż czy wykwintny obiad.  Innymi słowy jest to hedonizm w czystym rozumieniu tego słowa. Z pewnością jest to zasługa nie tylko umiejętności jednego z najbardziej wpływowych reżyserów w Hollywood, ale również polskiej szkoły operatorskiej. Reżyserem zdjęć do filmu jest bowiem Dariusz Wolski, który stworzył mroczną wizję dalekiej planety, chcącej dosłownie pożreć nieproszonych przybyszów. Od strony technicznej filmowi nie można zarzucić nic. Jest to majstersztyk. Czy jest to jednak w dzisiejszych czasach szczególne osiągnięcie? Tak. Scott nie epatuje bowiem efektami specjalnymi tylko po to by popisać się możliwościami jakie daje 3D. Jego film jest wyważony zarówno w emocjach jak i scenariuszowym napięciu oraz po prostu...poprawny. Ridley Scott jest zresztą reżyserem, który dawno temu porzucił indywidualny i autorski styl. Jego „Obcy” czy „Łowca Androidów” wytyczyły wiele lat temu nowe tory filmom S-Fi. Wydaje się, że czołowy rzemieślnik Hollywood, którego każdy film nie spada poniżej  wysokiego poziomu, ale jednocześnie nie porywa oryginalnością ( „American Gangster”, „W sieci kłamstw”) nie zamierza tworzyć nowej legendy. Mimo tego, że niektóre sceny z „Prometeusza” na zawsze wejdą do klasyki kina ( cesarskie cięcie i własnoręczne usunięcie kosmity z brzucha przez główną bohaterkę jest piorunujące), film Scotta jest w pewnym stopniu  jedynie dodatkiem do kultowego „Coś” Johna Carpentera.  Jest to jednak bardzo atrakcyjny dodatek.


/

Bez wątpienia brawa w filmie należą się głównym aktorom. Znany z „Wstydu” Michael Fassbender tworzy ciekawą postać pragnącego odczuwania ludzkich emocji androida, który nie jest ani tak drażniący jak robot o twarzy Willa Smitha, ani patetyczny jak Jude Law u Spielberga. Ciekawie zagrała również ( swoista młodsza wersja Ripley z „Obcego”) Noomi Rapace, która emanuje ukrytym i naturalnym pięknem, co w fabryce snów jest rzadkie. Z pewnością do pierwszej ligi aktorskiej  wchodzi również odtwórca kultowego Johna Luthera, Brytyjczyk Idris Elba, który może być niebawem poważnym zagrożeniem dla Samuela L. Jacksona czy Denzela Washingtona. Nie zgadzam się z recenzentami, którzy piszą, że aktorzy w tym filmie zostali zmarnowani przez głupawy scenariusz. Film Scotta ma kilka dziur, które wytrawnemu widzowi przyzwyczajonego do klaustrofobicznych i psychologicznych horrorów mogą psuć zabawę, jednak aktorzy wychodzą z nich obronną ręką. Szczególnie ciekawie wygląda dosyć istotny wątek wiary głównej bohaterki, która niemal przez cały film jest narażona na przeciwstawienie wiary w Jezusa wierze w naukę. Elizabeth kilkakrotnie ostentacyjnie broni swojego krucyfiksu, który przypomina jej, że nawet odkrycie „dawców” życia nie oznacza negacji istnienia Boga. Ktoś bowiem stworzył dawców życia, nieprawdaż? Kto? Dlaczego? Scott na szczęście nie jest nihilistą ani ideologicznym żołnierzem w stylu Stone’a by dawać gotowe odpowiedzi na egzystencjalne pytania. Może właśnie dlatego „Prometeusza” ogląda się tak dobrze. Nie jest to kubriockowa, intelektualna wycieczka na inną planetę, ani pesymistyczna wizja ludzkiej kondycji a la Carpenter. „Prometeusz” jest produktem Ridleya Scotta- twórcy „Gladiatora”. „Robin Hooda” czy „Helikoptera w Ogniu”. Nie przez przypadek ten film wszedł do kina w okresie panowanie letnich blockbusterów. I tak go powinniśmy odbierać. Wówczas nie zepsujemy sobie zabawy i dojrzymy elementy, które z pewnością nie stawiają filmu na jeden półce z kinem klasy B.

 

Łukasz Adamski