Niezależnie od tego, co było przyczyną katastrofy: zamach, celowa zła nawigacja ze strony Rosjan czy wada maszyny, jedno jest pewne – rząd Donalda Tuska dał się rozegrać Kremlowi. 

Przez 6 lat katastrofa Smoleńska była zamiatana pod dywan. Świadkowie ginęli lub byli zastraszani. Inicjatywę nad śledztwem na wyłączność pozostawiono Rosjanom. Do dziś nie mamy ani oryginałów czarnych skrzynek ani wraku. Na jaw wyszło szereg bulwersujących uchybień: od zamiany ciał w trumnach po tuszowanie wyników ekspertyz miejsca katastrofy. 

Jednak niezależnie od tego, gdy dowiemy się jakie były przyczyny tragedii, pewne jest, że rząd grał swoją grę przy organizacji wizyty prezydenta w Smoleńsku. Rząd Platformy Obywatelskiej prowadził otwarty konflikt z kancelarią prezydenta na arenie międzynarodowej. W rezultacie doszło do tego, że postanowił zawrzeć cichą ugodę z Kremlem, w jaki sposób będą upamiętniane obchody Zbrodni Katyńskiej.

Szantażowani tym, że na miejscu nie pojawi się nikt wysoki rangą, rządowcy dali się wciągnąć w grę służb, która doprowadziła do rozbicia delegacji na dwoje. Pomijam już fakt, że powinny istnieć wewnętrzne procedury bezpieczeństwa, które uniemożliwiałyby wejście na jeden pokład tylu ważnych osób w państwie. Ale tu nie chodziło o bezpieczeństwo, lecz o politykę. Finał był taki, że rząd Tuska musiał zgodzić się na prowadzenie za rękę przez Rosjan za cenę publicznej kompromitacji.  

Owa bezradność była uderzająca. Ale teraz, gdy władza jest po stronie narodu, świadkowie tamtych dni zaczynają przełamywać zmowę milczenia. Naturalnie, podczas organizacji wizyty było sporo zaniedbań i swojskiego dziadostwa. Niemniej prawda o katastrofie jest bardziej skomplikowana niż przez lata przekazywał to Polakom duet Tusk-Komorowski. 

Tomasz Teluk