W zwolnieniu Pawła Lisickiego ze stanowiska redaktora naczelnego „Uważam Rze” na pozór nie ma nic dziwnego. Każdy właściciel ma prawo interweniować, jeśli naczelny wydawanego przez niego pisma mówi publicznie rzeczy dla niego nieprzychylne. Jednak zdarzenie to należy widzieć w kontekście całej poprzedzającej go sekwencji – podkreśla Śmiłowicz.

 

- Najpierw jest zbyt gwałtowna reakcja właściciela „Rzeczpospolitej” Grzegorza Hajdarowicza na tekst o trotylu - zwolnienie Cezarego Gmyza, naczelnego Tomasza Wróblewskiego oraz Bartosza Marczuka i Mariusza Staniszewskiego. Potem wychodzą na jaw kolejne szczegóły związane z bliskimi kontaktami Hajdarowicza z przedstawicielami rządu. Kontaktami na tyle bliskimi, by rzecznik gabinetu Paweł Graś został jeszcze w nocy poprzedzającej publikację o trotylu poinformowany o jej treści. Znajomość z Grasiem każe natomiast spojrzeć w nowy sposób na okoliczności nabycia przez Hajdarowicza „Rzeczpospolitej” – co stało się na bardzo preferencyjnych warunkach, w których nie sposób nie dopatrzyć się co najmniej dobrej woli rządu – uzupełnia. I dopiero potem zostaje zwolniony Paweł Lisicki, co oznacza rozstanie się z całym zespołem „Uważam Rze”.

 

Co z takiej sekwencji zdarzeń wynika? - Wniosek może być tylko jeden - rząd w misterny sposób i w białych rękawiczkach pozbył się kolejnego opozycyjnego wobec niego medium – zauważa Śmiłowicz. I retorycznie pyta: „Czy tak ma wyglądać krzewienie wolności słowa?”

 

TPT/Wprost.pl