„Dla nas wszystko było tylko biznesem. Zło, krzyki rodziców i mężczyzn na kobiety, kierowcy, którzy przywozili kobiety na aborcję i wychodzili „zajarać”, żarty z kobiet, które przychodziły na zabieg z dziećmi etc. Później żarciki zaczynały się przeobrażać w makabrę” - pisze kobieta. “Pamiętam sprzątaczkę, która odeszła z pracy w klinice jak znalazła kawałek stopy dziecka w zlewie pokoju, gdzie czyszczono narzędzia po aborcji. My sobie z tego żartowaliśmy. Był to nasz najfajniejszy żart przez wiele dni" - dodaje Green.
„Gdy pewnego razu wysiadł prąd na kilka godzin, zabroniono nam nie otwierać zamrażarki, gdzie w torebkach trzymano części ciała abortowanych dzieci. Ktoś jednak przez przypadek otworzył te drzwi. Nigdy nie zapomnę smrodu rozkładających się ludzkich zwłok. Jednak na ten widok roześmialiśmy się, że „im” i tak jest lepiej bo nie czują tego smrodu” - dodaje.
Green przyznaje jednak, że gdzieś w środku zawsze uważała, że aborcja może być złem. Opisuje ona, że nie mogła w pewnym momencie pojąć jak można traktować 10 tygodniowy „płód” jako „narzędzie do nauczania” i medyczną anomalię, która przetrwała w jednym kawałku aborcję. „Okaz” pokazywano w formalinie. „Nazwaliśmy go Charlie chyba. Nie pamiętam. Miał imię, ale je chyba wyparłam z pamięci. Stał tam. A ja pracowałam obok niego. Czasami na niego zerkałam. Fascynowała mnie ta dziwna “rzecz” z punktu widzenia nauki. Inne aborcje kończyły się rozczłonkowywaniem dzieci. Ten jednak był w idealnym stanie. Był tylko martwy. Pływał w słoiku. W lodówce. Wiecznie cichy świadek marszu śmierci. Teraz modlę się, by go pochowano” - wyznaje kobieta.
Ł.A/LSN

