Rok temu pisaliśmy o tym ,że Guangcheng i jego żona Yuan Weijing, zostali dotkliwie pobici przez policję. Pobicie miało związek z opublikowaniem przez nich w internecie nagrania, na którym mężczyzna opowiada o swoim, całkowicie kontrolowanym przez chińską bezpiekę, życiu. Pobicie było na tyle dotkliwe, że ofiary nie mogły o własnych siłach wstać z łóżek. Nie pozwolono im także na opatrzenie ran w szpitalu, ze względu na warunki aresztu domowego, w jakim przebywa małżeństwo. Chen Guangcheng naraził się władzom, gdyż dokumentował przypadki przymusowych aborcji, nawet u kobiet w zaawansowanej ciąży. O jego uwolnienie apelowała w 2010 roku amerykańska sekretarz stanu Hillary Clinton.


Guangcheng kilka lat temu pozwał do sądu władze miasta Linyi. Według niego władza zmusza również kobiety do zabijania swoich nienarodzonych dzieci, natomiast członkowie rodziny, którzy pomagają kobietom urodzić w tajemnicy trzecie dziecko, są torturowani. Guangcheng pomógł w 2005 roku opublikować artykuł w "Washington Post" o Feng Zhongzia. Gdy odkryto, że Feng jest w siódmym miesiącu ciąży, władze porwały 12 członków jej rodziny. Głodzono ich i bito, aż kobieta oddała się w ręce władz. Gdy to zrobiła, została poddana aborcji i wysterylizowana.


Teraz Radio Free Asia informuje, że komunistyczne władze Chin  zatrzymały  co najmniej dziewięciu obrońców praw człowieka, który przybyli odwiedzić aktywistę.   Według informatora radia wszyscy zostali zastrzeleni. Według   Voice of America (VOA mieszkańcy wsi, gdzie przebywał Chen przekonują, że on również nie żyje. „ Jesteśmy zaniepokojeni raportem o tym ,że władze mogły zastrzelić obrońców praw człowieka, który chcieli odwiedzić Chena”- mówi Bob Fu z China Aid Association. Według  Fu zaginąl rownież Gao Zhishenga, kolejny znany obrońca praw człowieka.


Wczoraj opisywaliśmy  makabryczne konsekwencje polityki demograficznej, która zmusza Chinki do zabijania własnych dzieci nienarodzonych.  Pokój był pełen kobiet, którym właśnie „wyrwano dzieci z łona”. Część płakała, część krzyczała, inne jęczały. Jedna z nich turlała się z bólu po podłodze.  Błagałam by pielęgniarka, która zbliżała się do mnie z 8 centymetrową strzykawką pozwoliła jej uciec. Mówiłam jej, że zniknę i nie powiem nikomu, że ona mnie puściła. Pielęgniarka była jak drewno. Nie reagowała. Powiedziałam jej, że jako pielęgniarka i lekarz powinna pomagać ludziom a nie zabijać ich. Pielęgniarka bardzo się zdenerwowała i powiedziała, że w poprzednim roku w kraju było ponad 10 tysięcy przymusowych aborcji.  Byłam zszokowana jej słowami. Uświadomiły mi one, ze moje dziecko było traktowane jak zwierze. W końcu wbiła strzykawkę w główkę mojego dziecka. Myślałam, że to koniec świata” – relacjononowała przed  Human Rights Commission w Izbie Reprezentantów jedna z chińskich kobiet, którą przymuszono do aborcji. Oczywiście feministki nie angażują się zbytnio w pomoc Chinkom. Ich akcje w obronie prześladowania kobiet w tym kraju nie są tak głośnie jak domaganie się powszechnej aborcji w takich krajach jak Malta czy Polska. Chyba łatwo odpowiedzieć sobie na pytanie dlaczego tak jest. Trudno przecież walczyć z czymś co jest uświęcone jako prawo człowieka.

 

Łukasz Adamski