Chorał gregoriański choć pozostaje oficjalną muzyką liturgii, wykonywany jest rzadko. Wielu wiernych nie wie w ogóle czym on w istocie jest. O to, czym powinien być dla chrześcijanina chorał pytamy o. Bernarda Sawickiego OSB, opata tynieckiego i inspiratora wydania na cd ośmiu tonów gregoriańskich w monumentalnej serii "Barwy chorału".

 

Marcin Konik-Korn: - Jakie jest miejsce chorału w Kościele?

 

o. Bernard Sawicki OSB: -Powiedziałbym, że jest to symbol tego, co dzieje się w ogóle z liturgią. Symbol rozdźwięku pomiędzy tym, co powinno być, a co jest. Strażnikiem i kustoszem chorału pozostają głównie mury i środowiska klasztorne. W benedyktyńskiej kongregacji Zwiastowania, do której należy opactwo tynieckie jest ono jedynym klasztorem, w którym chorał zachował się w takim stopniu. Generalnie wszyscy poprzechodzili w liturgii na języki rodzime i na melodie, które są o wiele bardziej przystępne. O ile w Polsce trwa debata i niektóre środowiska próbują coś z tym zrobić, przynajmniej zauważyć problem, to pojawia się ból, że nie ma konkretnych perspektyw. Wszystkie te ruchy są chaotyczne. Chorał na co dzień w Kościele w zasadzie nie istnieje.

 

Czy zatem tylko hobbyści wprowadzają chorału do liturgii?

 

Odbywają się w Polsce wydarzenia typu warsztaty, gdzie przygotowuje się śpiewy mszalne i kulminacją warsztatów jest Msza Św., np. w katedrze, ale po ich zakończeni tego śpiewu już nie ma. Jest to działanie punktowe. Zbyt słabe są środowiska, które mogłyby tak działać na stałe przy parafiach. My do tego zachęcamy, ale istnieje dziwny opór niektórych księży proboszczów, którzy traktują niekiedy te inicjatywy jak jakiś problem. Jest to sytuacja bardzo smutna.

 

Wierni mogą zarzucić, że po Soborze liturgia powinna być dostosowana do możliwości odbioru szerszych grup wiernych. Czy chorał jest elitarny?

 

To zagadnienie dotyczy w ogóle poziomu duchowego czy też klasy duchowości, jaką prezentujemy. Żyjemy w czasach, w których ludzie wolą rzeczy łatwe, a kultura muzyczna, intelektualna, czy literacka jest tak naprawdę na szerszą skalę bardzo niska. Żyjemy w czasach cywilizacji obrazkowej, szybkich i mocnych bodźców, które nie sprzyjają głębszej refleksji. W szkole nie ma sensownego wychowania muzycznego. Aktualnie powoli ono wraca, ale jedno czy dwa pokolenia nie miało takich zajęć. Katecheza jest zaś na marginesie szkolnictwa. Religijność sprowadza się do emocji, a nawet do ludowości folkloru - a więc i do świadomości bardzo elementarnej. Chorał natomiast, jako twór wielu wieków, wymaga wiedzy i wrażliwości. Bazuje na języku łacińskim. Ten typ ekspresji wymaga pewnej znajomości teologii. Jest paradoksem, że chorał jest powszechnie niedostępny, a z drugiej strony zawiera on w sobie te rzeczy, których ludzie szukają w obcych nam kulturach. Stąd chorał wymaga popularyzacji, przypominania, reedukacji, by wrócić do niego z innej strony, z inną wrażliwością. Można całe życie pić tylko herbatę z torebki, ale jak ktoś zakosztuje wina czy innych szlachetnych napojów, to widzi różnicę. Z chorałem jest podobnie.

 

Można więc powiedzieć, że benedyktyni nagrywając chorał częstują ludzi winem..

 

Dokładnie. I to winem z naprawdę wysokiej półki. Nasza Schola chorałowa już od 7 lat ćwiczy w intensywniejszej formule. Przychodzą do nas ludzie, często także tacy, którzy są dalej od Kościoła, których interesuje chorał śpiewany na żywo, w czasie liturgii. Robi on na nich wielkie wrażenie. Odpowiada on ich pragnieniom głębokich przeżyć duchowych. Nagrywanie chorału na płytę jest zaś próbą rozszerzenia kręgu odbiorców.

 

Czym różnią się nagrania benedyktynów tynieckich od popularnych w sklepach muzycznych nagrań typu gregorian chants?

 

Większość tych innych nagrań posługuje się pewnym stereotypem chorału jako muzyki nastrojowej. Często pojawiają się one obok relaksacyjnej muzyki z kręgów new age. Chorał ma oczywiście swój nastrój ale my chcemy pokazać, że jest on czymś więcej. Nasz repertuar nie jest przypadkową "składanką". Znaleźliśmy pewien wyrafinowany klucz. Chcemy pokazać chorał jako bogactwo ekspresji i zarazem treści teologicznych, metafizycznych. To świat, który w innych gatunkach muzyki zachodnioeuropejskiej nie istnieje. Mamy nadzieję, że jeżeli kogoś chorał zainteresuje, to odnajdzie w nim głębię religijną.

 

Czy chorał to muzyka, która może towarzyszyć czytaniu książki, obiadowi z rodziną, czy też jedynie modlitwie?

 

Marzy mi się, aby nagrane przez nas w przyszłości osiem tonów chorału stanowiło coś w rodzaju recepty na nasze różne stany duchowe, nastroje, potrzeby egzystencjalne i emocjonalne. Tak chorał funkcjonuje w liturgii. Mamy przecież święta bardziej radosne i takie, które pełne są napięcia. Muzyka liturgiczna to odzwierciedla. Kiedyś przeanalizowałem bożonarodzeniowe śpiewy chorałowe po czym porównałem ich melodykę z naszymi kolędami.. Wszystkie polskie kolędy, choć zróżnicowane, zasadniczo obracają się w podobnych kręgach ekspresji . Natomiast śpiewy chorałowe otwierają wiernych na dużo szersze, zupełnie nowe obszary przeżyć religijnych. Właśnie za to odpowiadają tony chorałowe. Ich osiem rodzajów daje pełne spektrum przeżyć. Pierwszy ton ma na przykład nastrój uroczysty. Drugi - charakter smutny, wyrażający intymne ludzkie przeżycia. Godzinne nagranie melodii w jednym tonie kumuluje określony typ ludzkiego przeżycia, demonstrując zarazem rozliczne jego niuanse. Jest to doświadczenie intensywne, ale oczyszczające. Liczymy więc, że ludzie potraktują chorał, tak jak traktują go mnisi. Jako towarzysza codzienności. Dzięki niemu możemy swój czas przesycać kontemplacją, schodzić coraz bardziej do głębi nas samych. Kiedy słyszymy gregoriańskie hymny na Wielkanoc czy Boże Narodzenie, stają przed nami wszystkie wcześniejsze Wielkanoce czy Boże Narodzenia. Czujemy się włączeni w wielowiekową pobożność. Jest to pewnego rodzaju lekarstwo na samotność i wyobcowanie, które niestety towarzyszy tak wielu ludziom.

 

Wydaje mi się, że jak ktoś pierwszy raz słyszy chorał to każdy utwór wydaje mu się identyczny. Przecież człowiek bez wykształcenia muzycznego nie rozróżnia interwałów i barw...

 

Wielu ludzi, którzy słuchają Mozarta również nie rozróżnia jego symfonii. Wiedzą tylko, że to Mozart. pewien istnieje tu próg pewnego wysiłku, który musimy podjąć dla lepszego odbioru tych dzieł. Z chorałem jest jeszcze trudniej bo ma on tylko jedną linię melodyczną, tylko kilkanaście dźwięków i pewne ograniczone formuły. To o co idzie gra, to zachęta aby w ogóle po chorał sięgnąć. To problem całej naszej cywilizacji. Jesteśmy przyzwyczajeni do mocnych bodźców, które ciągle się zmieniają. Natomiast kultura smakowania czasu, pracowania z dziełem, które nas przenika, jest trudniejsza – a przecież przynosi trwalsze i lepsze efekty. Jeden ksiądz prowokacyjnie powiedział, że im więcej słucha się chorału, tym mniej potrzebuje się innej muzyki. Coś w tym jest. Kiedy wejdzie się w chorał, nawet wielcy klasycy wydają się przy nim prości, czy wręcz prymitywni. W ich pięknych melodiach nie ma takiej głębi. To batalia o kulturę. Kulturę słuchania i uwagi. Chcemy o to powalczyć.

 

Chorał działa na ducha czy na emocje? Jaki ma on wpływ na wiarę?

 

W tradycji biblijnej działało to razem. Miała miejsce integralność. Żyjemy z nowożytną skazą, która każe nam oddzielać wiarę od emocji. Kiedy czytamy Biblię jawi się to inaczej. Bóg mówi wszystko dosadnie, a człowiek odbiera to całym sobą. Nie ma konfliktu między też emocjami a duchem. Tak samo działa chorał. Emocje są dla nas ważne, bo za nimi idzie nasza postawa. Tak jak na Mszy Św., podczas której chodzi też o to, że człowiek powinien pragnąć całym sobą być Tam. Św. Tomasz napisał w hymnie "Zbliżam się w pokorze", że "mylą się wzrok i smak". Jest więc też pewna granica. Chorał prowadzi za tą granicę. Po jej przekroczeniu człowiek jest tak zafascynowany, że cały oddaje się sakramentalnemu wydarzeniu. W jednej z prefacji na Boże Narodzenie pojawiają się słowa o porwaniu człowieka przez Boga. Chorał właśnie porywa do poznawania rzeczy niewidzialnych. Ten moment zachwycenia jest dostępny każdemu. Ułatwia nam on wejście w osobowe spotkanie z Bogiem. W relacjach między osobami dojrzałe emocje mają kluczowe znaczenie.

 

Czy zatem jeżeli chorał jest wymagający zarówno dla słuchacza jak i wykonawcy śpiewu, to czy możemy liczyć na większe owoce niż wybierając mniej wymagające formy śpiewu liturgicznego?

 

To wie jedynie sam Bóg. Na pewno prawdą jest, że jeżeli więcej się wysilimy, tym więcej Bożej nieskończoności możemy ogarnąć. Trzeba wiedzieć, że to co łatwe, szybciej nas nudzi. Pewien zakonnik z klasztoru znanego z lubianych pieśni liturgicznych opowiadał, że piękne ale proste pieśni zaczęły się nudzić uczestnikom liturgii po kilku latach. Kiedy poszli po poradę do przełożonego, on odpowiedział: piszcie nowe! Jest to podejście trochę rynkowe. Przypomina ono liturgiczny konsumpcjonizm. Sam pamiętam takie doświadczenie ze scholą, kiedy dziewczynkom piosenki religijne znudziły się po pół roku. Chorał jest wymagający i tak szybko się nie znudzi. Ma cechę dzieł genialnych: chociaż trzeba się ku niemu przekonać, później często się do niego wraca odkrywając coraz to nowsze ślady działania Bożej łaski. Ten wysiłek gwarantuje, że jesteśmy na dobrej drodze. Nikomu nie starczy życia by odkryć w chorale wszystko, co ze sobą niesie. Jednak, jeżeli jest on śladem muzyki niebiańskiej, to już teraz możemy mieć w niej udział.

 

Rozmawiał Marcin Konik-Korn



 

Fragment wywiadu pierwotnie został opublikowany w tygodniku Niedziela 44/2012