Władze w Polsce oraz jej stolicy przy okazji sporów o krzyż pod Pałacem Prezydenckim stanęły, na własne życzenie, przed tym samym problemem co przywódcy krajów Europy Zachodniej. Na pytanie o to, czy państwo powinno wspierać prawo ludzi do religijności, odpowiedziały językiem francuskich czy hiszpańskich socjalistów. Stwierdziły, że przy urzędzie publicznym nie może stać symbol religijny, a każdy ma takie samo prawo do manifestowania poglądów, nawet jeśli w ramach jego realizowania dopuszcza się obrażania uczuć religijnych oraz napaści na oponentów. Władze wycofały się ze sporu, zachowały źle pojętą neutralność, stanęły z boku i zrobiły miejsce dla konfliktu, który samoistnie prawdopodobnie się nie zakończy.

Swoją działalnością zrównały również prawo ludzi modlących się i głupki zapijaczonej młodzieży, która w sposób chamski i agresywny manifestuje swoją niechęć do osób o innym światopoglądzie. Prawo tych dwóch grup do udziału w debacie publicznej zdaje się jednak różne. Osoby przychodzące pod krzyż mają różnorodne motywacje. Jedni chcą się modlić, inni oczekują lepszego prowadzenia śledztwa ws. katastrofy smoleńskiej, jeszcze inni domagają się upamiętnienia ofiar katastrofy z 10 kwietnia, czy wyciągnięcia odpowiedzialności za tę tragedię. Oczywiście są też tacy, którzy chcą całą sprawę wykorzystać, by dać wyraz swoim negatywnym opiniom o rządzie i nowym prezydencie. Jednak większość z nich łączy jedno, one – choć media im to wmawiają – nie przychodzą pod Pałac Prezydencki przeciwko komuś. One nie żądają zniknięcia innych osób z przestrzeni publicznej, nie atakują. Przez nikogo nie zaczepiane stoją w ciszy i się modlą. Być może to przeszkadza najbardziej.

"Na stos!"

Zupełnie inaczej zachowują się przeciwnicy krzyża. To oni są agresywni, uciekają się do retoryki wojennej. "Do kościoła", "Mohairy do domu", "Precz z krzyżakami", "Krzyż do kościoła", "Precz z krzyżami, na stos z mocherami" – hasła o takim wydźwięku trzymają co dzień nie obrońcy krzyża tylko ich przeciwnicy. Mimo to oni są ulubieńcami mediów, im sprzyja władza, im sprzyjają funkcjonariusze publiczni. Do agresji słownych przeciwników krzyża dochodzi często agresja fizyczna, popychanie, wyśmiewanie, zastraszanie ludzi, którzy nikomu nie przeszkadzając w ciszy stoją przy krzyżu. Przeciwnicy jego obecności nie znają żadnych granic. W trakcie swoich happeningów, które jak sami przyznają wymyślane są na ogół w studenckiej knajpie przy piwie, ukrzyżowali pluszowego misia, ułożyli krzyż z butelek po piwie "Lech" i porównali krzyż do psiego gówna.

- Po tej stronie była modlitwa, po tamtej wyśmiewanie – powiedział jeden z mężczyzn, którzy przyszli przed Pałac Prezydencki w czasie manifestacji przeciwników krzyża. Tej nierówności nie sposób nie zauważyć. Widzieć ją muszą również politycy i urzędnicy. I nawet w krajach świeckich państwo powinno w tym sporze brać stronę, w której rządzi modlitwa. Odpowiedź na to czy państwu opłaca się wspieranie modlących się czy pijanych zdaje się prosta. Religijność wiąże się z wewnętrznym przywiązaniem do wartości takich jak prawda i miłość. Rozwój religijności powinien więc być na rękę krajowi, prowadzi bowiem do budowania społeczeństwa przywiązanego do tych wartości. Państwo powinno brać w tym sporze również stronę modlących się, ponieważ większość z nich – co sami przyznają - nie chce, by krzyż stał przed Pałacem Prezydenckim w nieskończoność. Oni chcą upamiętnienia tragedii z 10 kwietnia. Dają wyraz swojemu przywiązaniu nie tylko do Lecha Kaczyńskiego, ale również do państwa, patriotyzmu. Sprzeciwiają się widocznej coraz bardziej próbie marginalizacji, zatarcia w pamięci wydarzeń, które doprowadziły do śmierci polskiej elity.

Polskie władze nie chcą jednak wspierać ludzi przywiązanych do religii, państwa, walczących o pamięć narodową. Rządząca w Polsce formacja od lat wspiera przecież inne wartości. Żałosne akcje przeciwników krzyża, wywołujące skowyt zachwytu pseudo intelektualistów, młodzieży i środowiska "Gazety Wyborczej", są skutkiem sposobu prowadzenia polityki przez posła ze świńskim ryjem i penisem w ręce. PO m.in. za jego pomocą w przestrzeń publiczną wprowadziła łamanie wszelkich standardów, kłamstwo, drwinę, wyśmiewanie i oplucie jako normalne elementy dyskursu publicznego. Skutki spustoszenia w moralności społeczeństwa i przestrzeni publicznej, do jakich doprowadziła partia rządząca, widoczne są właśnie przed Pałacem Prezydenckim.

Nieprzekraczalna granica

Sytuacja wokół krzyża pokazuje również totalitaryzm środowisk liberalnych. Te same środowiska, które obecnie negują prawo modlenia się przed Pałacem Prezydenckim, aktywnie działają na rzecz tolerancji, walczą o prawa homoseksualistów, prawo do aborcji, eutanazji, lansują każdą liberalną bzdurę. Promują totalitarną tolerancję, która ma niszczyć każdego, kto przekroczy wytyczoną przez liberałów granicę. A granicę tę przekraczają ludzie modlący się pod krzyżem. Tradycją nocnych wypadów do pubu przy Krakowskim Przedmieściu staje się pójście pod Pałac Prezydencki i przywalenie, choćby symboliczne, ludziom modlącym się pod krzyżem. Pijackie okrzyki, głośne zastanawianie się, co by było gdyby opluć krzyż, ukraść go, przepiłować, wysikać się na niego... to codzienność nocnego życia pod Pałacem Prezydenckim. Codzienność, którą władza w Polsce i mieście, zachwala nie czyniąc niczego, by krzyż i modlących się tam ludzi chronić przed pluciem i nienawiścią, nie robiąca niczego, by starać się załagodzić eskalujący konflikt. Zamiast tego woli patrzeć, jak młodzi, pijani i agresywni ludzie nękają osoby starsze i religijne.

Konflikt niech trwa...

Rozwiązanie konfliktu przed Pałacem Prezydenckim to jedno z zadań dla obozu Platformy Obywatelskiej. To ona po wyborach prezydenckich przejęła całą władzę w Polsce. To również jej politycy rozpoczęli burzę wokół krzyża. Oświadczenie Bronisława Komorowskiego o jego przeniesieniu, bezmyślna wypowiedź Pawła Grasia, który powiedział, że krzyż powinien zostać przeniesiony, bo urząd państwowy to nie miejsce kultu, oraz brak jasnej deklaracji, że przed Pałacem Prezydenckim zostaną upamiętnione ofiary katastrofy smoleńskiej stały się zarzewiem nowego konfliktu w Polsce. Konflikt został i jest skutecznie podtrzymywany przez PiS, jednak to PO doprowadziła do wybuchu nowej wojny polsko-polskiej. Ona powinna więc dążyć do jej zakończenia. Jednak nie jest to jej na rękę. Spór jest bowiem bardzo skuteczną zasłoną dla obecnej sytuacji w Polsce. Polityczna odpowiedzialność za katastrofę smoleńską, fatalny stan finansów państwa, podwyżki podatków, brak skuteczności w walce ze skutkami powodzi, ukręcenie afery hazardowej, stan polskiego wojska – to m.in. sprawy, które dzięki sporom o krzyż już udało się skutecznie przemilczeć w debacie publicznej. Platforma nie ma więc motywacji, by uspokoić nastroje związane z krzyżem. W sukurs idą jej zresztą zarówno urzędnicy stołeczni, jak warszawska konserwator zabytków, jak i warszawskie SLD, którzy podgrzewają atmosferę zapowiedziami, że na pomnik ofiar katastrofy smoleńskiej się nie zgodzą.

Premier powiedział ostatnio, że władza nie włączy się w konflikt wokół Pałacu. - Pod Pałacem nie dzieje się żadna katastrofa. Mamy do czynienia z normalnym, demokratycznym wyrażaniem emocji dotyczących spraw społecznie kontrowersyjnych – powiedział premier Donald Tusk i zalecił wszystkim "odrobinę poczucia humoru i dystansu". Słowa premiera nie powinny zaskakiwać, biorąc pod uwagę, że toleruje on od lat posła, który w przestrzeń publiczną wprowadza odrazę i zgorszenie za każdym razem, gdy się pojawia. Reakcja władzy na pijackie wybryki młodzieży spod Pałacu byłaby przecież jednocześnie krytyką zachowań posła od wódki. A to byłoby zaprzeczeniem stylu kontaktowania się partii rządzącej ze społeczeństwem. Brak reakcji choćby słownej premiera nie powinien dziwić również dlatego, że to z tej zapijaczonej młodzieży rekrutuje się więcej wyborców Platformy niż z modlących się staruszków. Dlaczego więc rządząca partia miałaby pozbawiać swój elektorat możliwości pośmiania się z kogoś, drwienia z przeciwników i ich pognębienia. W końcu studenci mają wakacje, coś im się należy od partii. A jak wakacje się skończą i młodzież wróci na zajęcia, zadzwoni się po "świński ryj"...

Stanisław Żaryn

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »