Dramatyzowanie i rozgrzebywanie sprawy, która powinna być już dawno zamknięta - tak prezydent Bronisław Komorowski ocenił ostatnie wysłuchanie publiczne w Brukseli poświęcone katastrofie smoleńskiej. Co Pani jako jedna z osób biorących w tym wysłuchaniu udział czuje, słysząc z ust głowy państwa takie słowa?

 

- Muszę przyznać, że z wielkim zaskoczeniem przyjęłam tę wypowiedź prezydenta. Ale chyba jeszcze bardziej uderzyło mnie to, co powiedział premier Donald Tusk, stwierdzając, że bardzo dziwi się rodzinom, które decydują się na ekshumację swoich bliskich. Odnosząc się do tej ostatniej wypowiedzi, trzeba zaznaczyć, że ekshumacje, o których mówił, wykonywane były z urzędu, na podstawie decyzji prokuratury, niemożliwe jest więc, żeby premier rządu tego nie wiedział. W związku z tym, delikatnie mówiąc, publicznie mija się z prawdą i co najgorsze, oskarża nas - rodziny - o to, że sprawa smoleńska toczy się tak długo, że jest tak długo omawiana, rozgrzebywana i przeżywana. Podczas gdy całej tej sprawy, wszystkich ekshumacji i naszego wyjazdu do Brukseli nie byłoby, gdyby polski rząd, polskie władze, bezpośrednio po 10 kwietnia 2010 r. należycie zadbały o polski interes, o naszą rację stanu i prawa tych, którzy tam tragicznie zginęli. W związku z tym uważam za nieuczciwe takie stawianie sprawy. To właśnie władze RP ponoszą pełną odpowiedzialność za to, co się dzisiaj dzieje. Za to, że dziś, gdy mijają dwa lata od katastrofy, my nadal nie wiemy praktycznie nic. Nie wiemy, co tak naprawdę wydarzyło się 10 kwietnia w Smoleńsku. Po drugie - co jest chyba jeszcze gorsze - część opinii publicznej, także światowej, żyje w przekonaniu, że wydarzyło się tam coś zupełnie innego niż w rzeczywistości. To znaczy teoria lansowana niemal bezpośrednio po tej tragedii, czyli teoria o brzozie, błędzie pilotów i o naciskach głowy państwa, a także gen. Andrzeja Błasika na pilotów, którym rzekomo kazano lądować w ekstremalnie trudnych warunkach, choć dawno okazała się nieprawdziwa i choć została skutecznie podważona przez niezależnych naukowców, nadal żyje swoim życiem. To nie jest tak, że udało się ją wyprzeć. Ona nadal funkcjonuje w mediach i jest dalej przekazywana i powtarzana, z krzywdą dla samej sprawy, dla tych, co zginęli, i dla ich rodzin.

 

Próbę dewaluacji wysłuchania podjęli też inni politycy, Jarosław Wałęsa nazwał je "pogaduchami" bez znaczenia, które także on "mógłby zorganizować". Ale nie zorganizował.

 

- W całej sprawie katastrofy smoleńskiej tak naprawdę uderza kilka rzeczy. Pierwszą z nich, zupełnie nieprawdopodobną, jest fakt, że katastrofa została upolityczniona. Że można ją było zepchnąć do politycznego narożnika, że można było nad nią organizować polityczne boje. To jest wprost nieprawdopodobne! To była tragedia narodowa. Ta katastrofa dotknęła bezpośrednio całe państwo, którego elita tam, pod Smoleńskiem, zginęła. I zginęli tam ludzie naprawdę różnych poglądów, różnych opcji i dróg życiowych. Ludzie, którzy w imieniu całego Narodu jechali złożyć hołd naszym rodakom pomordowanym w Katyniu w 1940 roku. Jak można było z takiego gestu - wynikającego wyłącznie ze szlachetnych pobudek - a później z katastrofy, która w konsekwencji tej inicjatywy nastąpiła, zrobić sprawę polityczną?! To jest dla mnie niepojęte i wydaje mi się, że w żadnym innym państwie byłoby to niemożliwe. Jestem przekonana, że każde inne państwo zadbałoby o swojego prezydenta i towarzyszącą jemu delegację, że wszędzie indziej taki wyjazd byłby przede wszystkim doskonale przygotowany i zabezpieczony, a w przypadku tragedii jej przyczyny rzetelnie wyjaśnione.



Żadne inne państwo nie pozwoliłoby też, by po dwóch latach tak ważne śledztwo tkwiło w martwym punkcie.

 

- Sposób wyjaśniania to jest druga rzecz, która w przypadku tej katastrofy jest zadziwiająca i w moim przekonaniu kompletnie różna od tego, co się normalnie i zwyczajowo dzieje w takich sytuacjach. Chociaż też trudno powiedzieć, że zwyczajowo, bo takiej tragedii na świecie chyba nie było. W żadnym innym państwie nie zginęło jednocześnie tylu ważnych dla tego państwa osobistości. To nie jest tak, że spodziewam się nadzwyczajnych środków podejmowanych dla wyjaśnienia przyczyn katastrofy smoleńskiej. Nie, ja chciałabym tylko, żeby była ona potraktowana jak wszystkie inne katastrofy lotnicze, żeby była badana tak jak wszystkie inne wypadki lotnicze na świecie. Tymczasem tutaj od samego początku wszystko przeczy jakimkolwiek standardom. W Smoleńsku nie zabezpieczono terenu i miejsca zdarzenia, chociaż to jest zwykła procedura przy każdego rodzaju wypadkach - także samochodowych - nie mówiąc już o katastrofach lotniczych. Do dziś strona polska nie posiada żadnej wiarygodnej dokumentacji z miejsca zdarzenia, co sprawia, że bardzo trudno jest np. naukowcom badać sposób rozczłonkowania maszyny i obszar, na jakim rozrzucone zostały jej poszczególne części. Tak naprawdę posiłkujemy się zdjęciami satelitarnymi, które docierają do nas przypadkiem.

 

I to w zasadzie wyłącznie dzięki zespołowi parlamentarnemu Antoniego Macierewicza.

 

- I to jest niebywałe, że nie rząd, ale pojedyncze osoby są w tę sprawę zaangażowane. Niestety, niebywałych jest w całej sprawie wiele rzeczy, choćby to, że nie wykonano w Polsce sekcji zwłok ofiar, że nie zabezpieczono głównego dowodu, jakim w tej sprawie jest wrak, który od 24 miesięcy niszczeje i pozostaje smutnym symbolem tego, jak wielką porażkę w przypadku tej katastrofy poniosło państwo polskie. Zastanawiające jest także to, dlaczego strona polska nie zwróciła się o pomoc chociażby do swoich sąsiadów z Unii Europejskiej albo do innych państw należących - tak jak my - do NATO? Na pokładzie tego samolotu byli przecież dowódcy wojskowi i wydawałoby się oczywiste, że w przypadku wyjaśniania przyczyn tej katastrofy powinni brać udział eksperci niezależni pochodzący właśnie z UE i NATO. Nic takiego się jednak nie wydarzyło. Nasze władze, po pierwsze, cały czas nie proszą o taką pomoc, a po drugie, Rosja na nią nie pozwala. Czymś niepokojącym były dla mnie słowa pana premiera Tuska, który zaraz po katastrofie, oddając śledztwo Rosjanom, powiedział, iż obawiał się, że Rosjanie mogliby się obrazić. To jest zadziwiające chociażby w kontekście tego, co wydarzyło się w minionym tygodniu na Syberii, gdzie rozbił się pasażerski samolot z ponad 40 osobami na pokładzie. Tam w ciągu kilku godzin podano, że w wyjaśnianiu tej katastrofy będą pomagali międzynarodowi eksperci z Niemiec i Francji. Czyli to jest możliwe i to również na terenie Rosji! Dlaczego więc, dlaczego i po stokroć pytam dlaczego to było - jak nam się wmawia - niemożliwe w przypadku katastrofy polskiego samolotu rządowego?! Dlaczego w tej sprawie Polacy, po pierwsze, nie mają nic do powiedzenia, a po drugie, nie mogą korzystać z pomocy instytucji międzynarodowych. Poraża i przeraża mnie stosunek państwa polskiego do swojego wschodniego sąsiada, ta kompletna zależność od Rosji, bezwolność i niemożność dokonania jakiegokolwiek samodzielnego ruchu. Polska w kontekście katastrofy smoleńskiej zachowywała się tak, jakby nie była suwerennym i wolnym państwem.

 

Dlatego też każda inicjatywa rodzin, której celem jest merytoryczna dyskusja, jak choćby wspomniane public hearing, skutkuje wyszydzaniem angażujących się w nie osób.

 

- Niestety. Poza tym wobec nas wysuwa się także oskarżenia, że jadąc do Brukseli, dopuszczamy się zdrady. Te zarzuty są bardzo bolesne, ale muszę pani powiedzieć, że nie na tyle, aby w obecnej sytuacji mogły nas zniechęcić. Wielokrotnie wcześniej podkreślano w mediach, że rodziny są bardzo podzielone. To nieprawda. My jesteśmy różni, tak jak różni byli nasi bliscy, którzy wsiedli do tego samolotu. Dzielą nas i poglądy, i stosunek do świata, a pewnie także i stosunek do śledztwa, ale to wcale nie oznacza, że jesteśmy podzieleni. Bo choć wiele nas dzieli, to jeszcze więcej łączy. Łączy nas sprawa smoleńska i to, że nasi bliscy zginęli w jednym miejscu, lecąc tam w jednym celu, połączeni piękną ideą. I dla nas to jest najważniejsze. Wie pani, jest wiele analogii pomiędzy Katyniem a Smoleńskiem. W przypadku Katynia też przez wiele lat wmawiano Polakom i światu, że nie miało miejsca to, co się naprawdę wydarzyło. Amerykańska komisja ds. wyjaśnienia zbrodni katyńskiej powstała - o ile dobrze pamiętam - około sześciu, siedmiu lat po mordzie katyńskim, ekshumacje nastąpiły też lata później, a jednak udało się wyjaśnić i dotrzeć do prawdy. Nie udało się zamknąć ust wszystkim i to też było możliwe jedynie dzięki determinacji ludzi, których przecież obrażano, którym wówczas za poszukiwanie prawdy groziły większe sankcje, niż dziś grożą nam. Kiedyś za samo mówienie o Katyniu groziło więzienie. Mam poczucie, że dziś moim - żony Sławomira Skrzypka, prezesa Narodowego Banku Polskiego, który przez całe życie z oddaniem służył swojemu krajowi - obowiązkiem jest nie tylko modlitwa za niego i pozostałe ofiary, ale także zrobienie wszystkiego, aby prawda o katastrofie smoleńskiej ujrzała wreszcie światło dzienne. To mój obowiązek wobec męża i współtowarzyszy tego tragicznego lotu, których miałam zaszczyt znać, obowiązek wobec naszych synów i wobec mojego kraju, którego tak bardzo kochać nauczył mnie Sławek.

 

Coraz więcej rodzin dochodzi chyba do podobnych wniosków?

 

- Oczywiście, że tak. Mam kontakt naprawdę z wieloma rodzinami i proszę mi wierzyć, że do takich samych wniosków dochodzą zarówno rodziny wojskowych, jak też najbliżsi przedstawicieli rodzin katyńskich, rodziny szefów urzędów centralnych i wszyscy po kolei. Potrzeba nam było pewnie czasu, żeby zobaczyć to ostrzej, na spokojnie. Potrzebowaliśmy czasu, żeby opadły pierwsze emocje. Muszę przy tym podkreślić, że nie jest tak, iż mam z góry ustaloną wersję wydarzeń, której się trzymam, że mam teorię, do której muszę sobie dopasować rzeczywistość. Nie. Nie mam gotowej odpowiedzi na stawiane pytania. Ja tylko chcę wiedzieć, dlaczego się mnie okłamuje, dlaczego okłamuje się Polaków, i chcę wiedzieć, co było naprawdę przyczyną tej katastrofy.

 

Sądzi Pani, że wiążących odpowiedzi na te pytanie udzielą profesorowie współpracujący z zespołem Macierewicza?

 

- Głęboko w to wierzę. Wierzę, że mimo zaniedbań kilku pierwszych tygodni po katastrofie, które być może w sposób nieodwracalny uniemożliwiły dostęp do pełnej wiedzy na jej temat, praca dr. Kazimierza Nowaczyka i prof. Wiesława Biniendy oraz pozostających z nimi w kontakcie profesorów z Polski - na czele z obecnym podczas wysłuchania prof. Markiem Czachorem z Politechniki Gdańskiej, ma sens i daje szanse na poznanie prawdy. Bardzo mnie ucieszyło to, o czym mówił prof. Czachor, a mianowicie, że coraz większa grupa profesorów z polskich uczelni chce włączyć się w badania mające na celu ustalenie przyczyn katastrofy. W tej chwili mowa już o naukowcach z 24 uczelni technicznych, którzy dążą przede wszystkim do tego, ażeby zacząć rzetelnie i merytorycznie, z punktu widzenia m.in. fizyki i techniki, wyjaśniać tę katastrofę. I wierzę, że ich inicjatywa zorganizowania międzynarodowej konferencji poświęconej katastrofie smoleńskiej może wiele istotnych informacji wnieść do tej sprawy. Przeprowadzone przez nich do tej pory badania wskazują wyraźnie, że teorie rozpowszechniane przez raport MAK i później bezmyślnie powtórzone w raporcie Jerzego Millera są absurdalne, nieprawdziwe i kompletnie nielogiczne. Wyniki dotychczas przedstawionych przez prof. Biniendę i dr. Nowaczyka badań nie spotkały się z żadną merytoryczną polemiką, co najwyżej z niezrozumiałymi atakami i obrażaniem jej autorów przez zwolenników teorii MAK. Żadna z tych osób nie obaliła jednak wyników badań naukowców, nie odważyła się dyskutować z przedstawionymi przez nich tezami. To wiele mówi. Z nadzieją czekam na wspomnianą już międzynarodową konferencję. I wyprzedzając zarzuty przeciwników, przypominam, że tego typu inicjatywy są normą na świecie. Nawet po tragedii w World Trade Centre z 11 września 2001 r., kiedy to cały świat na ekranach swoich telewizorów widział, co się działo w Nowym Jorku, mimo wszystko organizowano wiele konferencji naukowych poświęconych temu wydarzeniu. Jest to więc procedura zupełnie oczywista, niezwiązana wcale z żadną teorią spiskową. Tak jak oczywistą rzeczą jest przyzwoite wyjaśnianie katastrofy, a nie mówienie, że brak dowodów czy wręcz ich celowe niszczenie nie mają znaczenia. Podobne opinie to wstyd dla osób je wygłaszających i dowód niekompetencji oraz braku profesjonalizmu. Dlatego bardzo się cieszę, że naukowcy chcą się wyjaśnianiem katastrofy smoleńskiej zajmować, i to bezinteresownie, sami wychodzą z taką inicjatywą, chociaż ani polski rząd, ani prokuratura takich ekspertyz nie zamawiają, a byłoby to przecież potrzebne. Jestem wdzięczna tym naukowcom za odwagę i podjęcie merytorycznej dyskusji, bo - moim zdaniem - panuje jakaś zmowa milczenia i atmosfera, w której przekonuje się, że zajmowanie się Smoleńskiem w tzw. elitach nie jest dobrze widziane, że jest "dramatyzowaniem" i "oszołomstwem".

 

Powiedziała Pani, że chce jedynie dowiedzieć się, co było naprawdę przyczyną katastrofy. Bierze Pani pod uwagę wszystkie możliwości?

 

- Wyciągam wnioski z tego, co widzę i czytam, analizuję materiały, do których mam dostęp, i słucham tego, co mówią profesorowie i jak czytają wskaźniki. Z tych zaś wynika, że doszło do dwóch wstrząsów, które zostały odnotowane przez urządzenia znajdujące się na pokładzie Tu-154M. Więc rzeczywiście są podstawy, żeby myśleć, że to nie był zwyczajny wypadek. Ale sądzę, że dziś nikt jeszcze do końca nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, co naprawdę wydarzyło się w Smoleńsku.

 

Niezależnie od tego, co było rzeczywistą przyczyną katastrofy, jej ofiarom należy się pamięć. Ale z tym państwo polskie ma poważnyproblem.

 

- Niestety, ma pani rację i dla mnie jest to, szczerze mówiąc, niezrozumiałe. Na szczęście jednak Polacy mają lepszą pamięć niż kierujący dziś naszym państwem politycy. I nawet pani nie wie, jak bardzo wzruszają nas - rodziny, te obywatelskie, oddolne inicjatywy mające na celu upamiętnienie ofiar katastrofy smoleńskiej. Jak bardzo jesteśmy wdzięczni za każdy rodzaj modlitwy w intencji naszych bliskich i nas samych. I za to pragnę z całego serca podziękować. Bo choć ci, którzy zginęli 10 kwietnia, sami nie zdążyli o tę modlitwę i pamięć poprosić, to jednak mogli i nadal mogą na nie liczyć. Człowiek będący w rozpaczy po stracie ukochanej osoby ma dzięki temu świadomość, że nie został ze swoim bólem sam. Korzystając więc ze sposobności, chciałam na łamach "Naszego Dziennika" podziękować za ten ogrom ludzkiej dobroci, z którą spotkałam się po śmierci mojego męża. Od wielu ludzi, także tych osobiście mi dotąd nieznanych, otrzymałam wiele wsparcia, które pozwoliło mi się podnieść. Myślę, że nigdy nie będę w stanie się za to odwdzięczyć. Pragnę jednak zapewnić, że nigdy tego nie zapomnę.

 

Żeby polecieć do Katynia, Pani mąż przerwał ważną konferencję zagraniczną.

 

- To prawda. Wyjazd do Katynia był dla Sławka bardzo ważny, chciał tam polecieć i wziąć udział we Mszy św. w intencji bestialsko pomordowanych w 1940 r. polskich oficerów. To miała być jego pierwsza wizyta w Katyniu, dlatego tak ucieszył się na zaproszenie pana prezydenta Lecha Kaczyńskiego i dlatego przełożył swoje wcześniejsze plany i spędził 25 godzin w samolocie z Kolumbii, żeby tylko móc być tego dnia w katyńskim lesie. A leciał do Katynia zarówno jako Polak, który chce pochylić się nad prochami pomordowanych przez NKWD rodaków, ale także jako prezes Narodowego Banku Polskiego, który na 70. rocznicę wyemitował specjalne monety okolicznościowe. Mąż nazywał je "małymi pomnikami". Jak podkreślał, w taki właśnie sposób może najlepiej uhonorować ważne dla Polski i dla naszej historii wydarzenia i przybliżyć je kolejnym pokoleniom.

 

To nie była jednak pierwsza moneta okolicznościowa wyemitowana przez NBP za kadencji Pani męża.

 

- Tak, przez całą swoją przerwaną kadencję, którą przyszło Sławkowi sprawować na stanowisku prezesa NBP, mój mąż emitował kolejne monety, prowadząc przy tym bardzo konsekwentną politykę historyczną. W ten sposób honorował wszystkie zapomniane i pomijane rocznice, a także zapomnianych bohaterów, którzy odegrali ważną rolę w życiu naszej Ojczyzny. I tak mąż pamiętał m.in. o rocznicy Polskiego Państwa Podziemnego, o Powstaniu Warszawskim, pamiętał o 90. rocznicy odzyskania niepodległości i rocznicy "Solidarności", o Polakach ratujących Żydów. W 2009 r. upamiętnił też ks. Jerzego Popiełuszkę. W ostatnią rocznicę wydarzeń w kopalni "Wujek" w Katowicach obiecał, że na okrągłą rocznicę także wyemituje monetę im poświęconą. Sławek wierzył, że "narodowy" w nazwie NBP zobowiązuje również do tego, żeby dbać o polską historię i pamięć. I właśnie dlatego na 70. rocznicę mordu katyńskiego wydał pamiątkowe, przepiękne monety, które zabrał ze sobą na pokład samolotu.

 

Ile tych monet Pani mąż zabrał do Katynia?

 

- Miał ich 160 sztuk, planował rozdać je części delegacji, która razem z nim leciała do Katynia, ale także miejscowej Polonii, z którą po południu miał odbyć spotkanie, oraz rodzinom katyńskim. Prawdopodobnie część tych monet rozdał już na pokładzie samolotu. Sama na zdjęciach z miejsca katastrofy widziałam charakterystyczne drewniane pudełka, w których zestawy monet (srebrna i złota) były przygotowane, a które roztrzaskane wyściełały wrak samolotu.

 

Co się z tymi monetami stało? Czy wróciły do Polski?

 

- Otrzymałam jeden taki komplet, który leciał z moim mężem. Słyszałam jednak, że nie wszystkie monety wróciły do Polski. Podobno nie znalazło się kilkadziesiąt z nich. Wiem na pewno, że poza tym, że jeden komplet trafił do mnie, to jeden także został przekazany na Jasną Górę. Reszta jest w NBP i będzie częścią ekspozycji muzeum, które jest w tej chwili tworzone przy Narodowym Banku Polskim.

 

Dziękuję za rozmowę.

 

Rozmawia Marta Ziarnik

 

JW/NaszDziennik