Wystąpienie prezesa Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich podczas konferencji Prawa i Sprawiedliwości w charakterze gospodarza już zdążyło wywołać święte oburzenie żurnalistów, którzy sami mają problemy z zachowywaniem obiektywizmu. Członkowie SDP wezwali nawet Skowrońskiego, do ustąpienia ze stanowiska prezesa, a o całej sprawie poinformowali na swojej stronie na Facebooku.
I chociaż można (a nawet należy) zrozumieć głosy krytyczne Łukasza Warzechy ("Fakt") czy Pawła Lisickiego ("Uważam Rze"), tak trudno nie odnieść wrażenia, że w przypadku święcie oburzonych przedstawicieli salonu, bardziej chodzi o szyld pod jakim wystąpił Skowroński, a nie sam udział dziennikarza w konferencji partii politycznej.
Można nie zgadzać się z Rafałem Ziemkiewiczem, który powiedział dzisiaj, że mamy drugą Białoruś, można nie akceptować twierdzeń Łukasza Warzechy, który na łamach Portalu Poświęconego zadeklarował, że nawet w takich sytuacjach nie można łamać pewnych zasad, ale chyba każdy przyzna, że znacznie większym problemem jest wspieranie rządzącego ugrupowania w sposób totalny, ale znakomicie zakamuflowany. Sposób, który pozwala przemycić platformerską propagandę, wcale nie pod pozorem czołobitnego komentarza publicystycznego (co i tak się zdarza), ale informacji, która - już na starcie - przemyca pewną treść.
I tym sposobem, ci sami ludzie, którzy załamują ręce nad głową Krzysztofa Skowrońskiego, odwalają kawał solidnej roboty na rzecz partii rządzącej. A to kopną w Kaczora, a to wbiją szpilę Rydzykowi, a to znowuż pogardzą głupim motłochem, który nie oduczył się "klękać przed księdzem", a jeszcze domaga się od notabli spełniania swoich obowiązków (jak choćby ws. katastrofy smoleńskiej). Oczywiście cały czas zasłaniając się etykietką "wolnych i niezależnych mediów".
Tyle, że "wolność i niezależność" wspomnianego towarzycha jest równie wątpliwa, co cnota zwolenniczki miłości francuskiej, która publicznie chwali się swoim dziewictwem.
Aleksander Majewski

