Tak, tak. Organizatorzy bluźnierczego przedstawienia nie ustają w przekonywaniu, że odwołali przedstawienie, bo obawiali się, że gromady katolików, zapewne z różańcami w rękach, zaatakują biednych „artystów”, a także widzów. A potem zdemolują przestrzeń miejską. I nie jest to żart, ale faktyczne uzasadnienie słusznej – skądinąd decyzji. „Z powodu bardzo dużego zagrożenia zamieszkami, których skala i forma mogą być niebezpieczne dla naszych widzów, aktorów, postronnych osób, a także mogą prowadzić do dewastacji obiektów użyteczności publicznej miasta Poznania” - napisali organizatorzy.
I byłoby to nawet dość zabawne, gdyby nie fakt, że to dalszy ciąg stygmatyzacji katolików. Oto bowiem w umysłach antyreligijnych propagandystów zrodził się pomysł, by najpierw szokować bluźnierstwem i symboliczną przemocą wobec chrześcijan, a później oskarżać ludzi, którzy przeciw temu pokojowo protestują, o prowokowanie do przemocy. A niestety problem polega na tym, że część opinii publicznej jest gotowa uwierzyć, że katolicy są gotowi do pobicia różańcami bluźnierców, albo do zdemolowania przestrzeni publicznej w Poznaniu.
Ale na razie można się cieszyć, że bluźniercy się nas przestraszyli i mieć nadzieję, że będą się bali nadal. I wcale nie chodzi o to, że katolicy różańcami zdemolują kawałek Poznania, ale o to, że kiedyś w przyszłości odpowiedzą za swoje bluźnierstwa przed Bogiem. I to Jego, a nie nas powinni się naprawdę obawiać.
Tomasz P. Terlikowski
