O planowanej uroczystości upamiętnienia węgierskiej pomocy w 1920 roku Fronda.pl informowała jako pierwsza w poniedziałek.
O całym skandalu związanym z okolicznościami odsłonięcia tablicy donosi natomiast dzisiejszy „Nasz Dziennik”. Według informatorów gazety Jaromir Sokołowski, minister odpowiedzialny w Kancelarii Prezydenta za politykę zagraniczną, nie chciał się zgodzić na to, by Bronisław Komorowski wziął udział w odsłonięciu tablicy. - O godzinie 15.00 w poniedziałek, na dzień przed przyjazdem prezydenta Węgier, ludzie prezydenta Komorowskiego zdecydowali, że tablica nie zostanie powieszona - mówi "NDz" świadek zamieszania. Minister Sokołowski swoją odmowę miał uzasadniać tym, że udział głowy państwa polskiego w tej uroczystości może być źle odebrany... przez stronę rosyjską. Wielodniowe zwlekanie z potwierdzeniem tego punktu programu spowodowało konsternację strony węgierskiej, która poczuła się niezwykle zakłopotana piętrzonymi trudnościami. Faktycznym realizatorem projektu tablicy był Attila Szalai, attaché kulturalny ambasady Węgier w Warszawie. Gorączkowe pertraktacje i oczekiwania na decyzje Kancelarii Prezydenta trwały przez cały poniedziałek. W końcu - jak podaje "NDz" - Szalai miał zagrozić, że jeśli do uroczystości podczas wizyty prezydenta Węgier nie dojdzie, a tablica nie zostanie nawet zawieszona na murze, to sprawa przedostanie się do węgierskich mediów, a dalszemu ciągowi wizyty węgierskiego gościa towarzyszyć będą niesmak i atmosfera międzynarodowego skandalu. Ostatecznie takie dictum miało wieczorem przekonać Sokołowskiego do podjęcia decyzji o umieszczeniu tablicy na frontonie Domu Bez Kantów przy Krakowskim Przedmieściu 11, od strony placu Piłsudskiego oraz włączenia prezydenta do udziału w tej uroczystości i wspólnego jej odsłonięcia. Również dopiero wtedy sekretarz Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa Andrzej Kunert zdecydował o zainstalowaniu tablicy na ścianie budynku.
Choć dwudniowa wizyta prezydenta Węgier planowana była na wiele tygodni wcześniej i przypadła na obchodzony 23 marca Dzień Przyjaźni Polsko-Węgierskiej, zaledwie garstka osób i oficjeli wzięła udział w tej uroczystości. Tym bardziej, że - w opinii inicjatorów przedsięwzięcia - wmurowanie pamiątkowej tablicy to jedyny polski hołd okazany Węgrom za pomoc w 1920 roku, prócz nieratyfikowanego przez władze odrodzonej Polski i niekorzystnego dla Węgier traktatu w Trianon w 1920 roku. Zaproszenia na uroczystość ambasada Węgier w Polsce rozsyłała w ostatniej chwili, do końca bowiem nie mogła potwierdzić, czy do odsłonięcia tablicy w ogóle dojdzie.
Sprawy nie chcą dziś komentować zarówno przedstawiciele kancelarii, jak i strony węgierskiej. Dla Węgrów niezręczność całej sytuacji jest tym większa, że nowi gospodarze pałacu prezydenckiego do sprawy się nie zapalili.
Jednak na tym nie koniec - uroczystość przebiegła bowiem bardzo skromnie. Nie wiedzieli o niej nawet przedstawiciele Polsko-Węgierskiej Grupy Parlamentarnej. - O sytuacji poinformowałem kolegów z partii, w tym wiceszefa sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych Karola Karskiego i członka Polsko-Węgierskiej Grupy Parlamentarnej Artura Górskiego, którzy w ostatniej chwili zorganizowali delegację, kupili wiązanki i przyjechali na miejsce - informuje „NDz” poseł Arkadiusz Czartoryski. Na miejscu uroczystości – jak się okazało - szef protokołu dyplomatycznego nie chciał, by delegacja klubu parlamentarnego złożyła pod tablicą kwiaty.
Oficjalne odsłonięcie tablicy pamiątkowej miało się odbyć w ubiegłym roku w Radzyminie, podczas obchodów 90. rocznicy „Cudu nad Wisłą”. Potwierdza to były prezydencki minister Jacek Sasin. - Rok temu planowaliśmy dwie wielkie uroczystości rocznicowe z udziałem delegacji zagranicznych. Oprócz rocznicy bitwy pod Grunwaldem, na którą planowaliśmy zaprosić przedstawicieli władz Litwy, w Radzyminie prezydent Lech Kaczyński oraz prezydent Węgier mieli wziąć udział w uroczystościach rocznicy Bitwy Warszawskiej pod Ossowem - tłumaczy Sasin. - Tam też miała zostać odsłonięta tablica upamiętniająca węgierską pomoc dla Polski - dodaje. Jednak śmierć zarówno prezydenta, jak i Andrzeja Przewoźnika, ówczesnego sekretarza Rady Ochrony Miejsc Pamięci i Męczeństwa, pokrzyżowała te plany.
- To węgierskimi pociskami podczas tej decydującej bitwy wypierano Rosjan spod Warszawy. Gdyby nie ten transport, nasze wojsko nie miałoby czym strzelać - podkreśla Czartoryski, poseł PiS, jeden z inicjatorów przedsięwzięcia. - Jakiś czas temu wraz z Imre Molnarem i Attilą Szalaiem z Ambasady Węgier w Warszawie wpadliśmy na pomysł, by ten zapomniany, ale bardzo znaczący epizod historyczny przypomnieć i upamiętnić - dodaje.
roja/NaszDziennik
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

